Model rodziny do składania

Péter Esterházy w świetnej powieści o historii swojego rodu serwuje nam ironię zamiast nostalgii.
Model rodziny do składania

– Mój dziadek był hrabią, mój ojciec był hrabią, ale ja już hrabią nie jestem – mawia Péter Esterházy.

Esterházy odwiedził Polskę tuż przed targami książki. Gdyby był gościem targów, impreza zostałaby opromieniona blaskiem pierwszorzędnej gwiazdy literackiej, bo właśnie kimś takim jest potomek znanego rodu arystokratycznego i wielokrotny kandydat do Nobla. Szkoda, że nikt na to nie wpadł. Natomiast warszawskie spotkanie z pisarzem jest warte wspomnienia. Otóż liczną publiczność oprócz standardowych bywalców
– studentów i zapuszczonych okularników z reklamówkami – stanowił bowiem kwiat naszej arystokracji w nienagannie skrojonych garniturach i beżowych, wytwornych garsonkach. Przedstawiciel gatunku o wyjątkowo szlachetnych rysach zwrócił się wzruszony do pisarza: "Mon cher cousin! Przywracasz mi wiarę. Wreszcie ktoś opisał naszą kastę, i nie jest to wspomnienie pośmiertne...!".

Większa część publiczności była jeszcze przed lekturą 700-stronicowej "Harmonii caelestis", natomiast fragmenty czytane przez aktora brzmiały tak smakowicie, że co chwila ktoś dyskretnie udawał się do kantorka, by zakupić książkę. "Ha, nie wiedzą, co ich czeka" – komentowaliśmy ten entuzjazm wraz z redaktorem Nyczkiem.

Zabicie Ojczulka
Ta księga nie jest bowiem ani autobiografią, ani też sagą, ani nawet nie jest typową powieścią. Zamiast spójnej akcji i bohaterów mamy zbiór wielu historii i postacie, które się na siebie nakładają. Natomiast rzecz, choć najeżona przeszkodami, jest niezwykła. Trzeba tylko pozostawiać na boku pytanie o prawdziwość zdarzeń i nie przerażać się własnym brakiem znajomości historii Węgier. Wystarczy zanurzyć się w nurt opowieści, poddać się jej, wybiórczo lub po kolei, a wtedy znajdziemy w niej wszystko: historię upadku rodu, a właściwie niszczenia go przez komunistyczne państwo, metaforę rozbitego świata dawnych form, archetypowe zabicie ojca i ironiczny obraz przeszłości. Ta powieść jest bowiem jak model do składania.
Péter Esterházy na początku miał ponoć zamiar spisać dzieje rodu po bożemu. Wszak jeden z jego przodków, muzykalny książę, w połowie XVIII wieku zatrudniał samego Josepha Haydna jako kapelmistrza, inny niechlubnie wsławił się w sprawie Dreyfusa, zaś dziadek pisarza był premierem u schyłku Austro-Węgier, a potem znanym politykiem. Esterházy odrzucił jednak szybko pomysł spisywania kroniki, ponieważ jego celem nie było jak w sagach rodzinnych nostalgiczne idealizowanie przeszłości.

"Nostalgia fałszuje przeszłość" – mówił na spotkaniu. Jemu zaś zależało na pokazaniu dystansu, jaki nas dzieli od przeszłości.
Dlatego właśnie pierwsza część powieści składa się z wielu historii o niejakim ojczulku, które rozgrywają się w różnych momentach dziejów, natomiast sam ojczulek jest ciągle ten sam. "Literatura przedmiotu wyróżnia 22 typy moich ojczulków, z czego 19 można uznać za ważne". W drugiej zaś części poznajemy historię jego najbliższej rodziny (powieściowo przetworzoną i częściowo zapożyczoną z literatury), która traci cały majątek i dom, ojciec zarabia jako parkieciarz, pije, jest bity i prześladowany przez bezpiekę. Esterházy świetnie zmienia tonację – od dramatycznej po anegdotyczną. Znowu wydobywa dystans, który sprawia, że ta historia staje się jednocześnie jakimś uniwersalnym modelem: matka jest stuprocentową, poświęcającą się matką, ojciec poluje, babka się modli, dzieci muszą stosować się do zasad. Esterházy mierzy zarówno w nasze wyobrażenia o patriarchalnym rodzie, jak i język, jakim pisze się o przeszłości. Temu wielkiemu ironiście najbliżej jest do Gombrowicza w jego uporczywym nicowaniu i podważaniu form takich jak ojciec czy ojczyzna.

Fabrykować przeszłość
Esterházy musiał też zmierzyć się z ironią samej rzeczywistości, okazało się bowiem po śmierci jego ojca, że ten przez wiele lat współpracował z bezpieką. Napisał więc nową książkę, którą pewnie niedługo poznamy. Zaś z tej powieści została mi szczególnie taka scena: syn siedzi z ojcem na meczu, jedzą kiełbaski, wokół zapach piwa i oranżady, patrzą na pusty jeszcze prostokąt boiska. Chłopiec myśli: tak musi wyglądać raj. Nie warto pytać, czy to prawdziwe wspomnienia, czy fikcja. "Istnieć to znaczy fabrykować przeszłość" – mówi Esterházy. I ma rację.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Péter Esteráhzy, "Harmonia caelestis", przeł. Teresa Worowska, Czytelnik, Warszawa 2007, 698 s., 52,25 zł

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)