Król kier znów na wylocie

Nowa książka Hanny Krall – sensacyjna love story bez happy endu.
Izolda R. wiedziała, że jej historia nadaje się na film. Dlatego próbowała bezskutecznie dostać się do Liz Taylor. Ta aktorka bowiem powinna zagrać ją w przyszłej hollywoodzkiej produkcji. Miała rację, to mógłby być dobry film, tym bardziej że pozbawiony łatwego happy endu. Ale musiałby być oparty na spisanej przez Hannę Krall opowieści – świetnej, bo oszczędnej jak jej najlepsze rzeczy. Nic z filmu nie wyszło.

Historię ocalonej Żydówki Izoldy opublikowała Krall w tomie „Hipnoza” z 1989 roku; reportaż nazywał się „Powieść dla Hollywoodu”. Teraz pisarka wróciła do tematu po raz drugi w najnowszej książce „Król kier znów na wylocie”. W tamtej wersji było za mało miłości, łez i uczuć – przyznaje teraz sama bohaterka. Bo jej historia to rzeczywiście opowieść o sile miłości i tęsknocie. A właściwie o sile samego pragnienia. To ono właśnie, skumulowana energia płynąca z marzenia, przeprowadza bohaterkę przez każdy ogień.
Poznali się na początku wojny w Warszawie. Izolda zobaczyła dłonie Szajka pochylone nad piecem. Wzięli ślub. Zaraz potem zamknięto getto, a w Izoldzie obudził się instynkt działania: wyszła na aryjską stronę, stała się Marią Pawlicką, potem wyciągnęła z getta rodzinę. – Dlaczego ja? – pytała sama siebie. – Z takim wyglądem? Ale właśnie ona jedyna ma ten zmysł działania, który pcha ją do przodu. Zmienia więc kolor włosów, ale nie na słomiany blond jak inne Żydówki, tylko na popielaty, bardziej naturalny. Zmienia sposób zachowania, imituje krzykliwą córkę stróża.
Zaczyna się gra w „nie jestem Żydówką”. Kiedy zgarnia ją policjantka z obyczajówki, Izolda cieszy się, że wzięto ją tylko za prostytutkę. Tę grę opisywała też Ida Fink w „Podróży”. Nie stawiać torebki jak Żydówka, nie odmawiać zdrowaśki jak Żydówka. Jednak bardzo łatwo popełnić błąd. Izolda raz po raz wpada. Przechodzi przez Pawiak, Oświęcim, Guben, Cottbus, więzienie w Wiedniu. Jakimś cudem zawsze udaje jej się uciec, wyjść, zwalniają ją, jedzie dalej, podejmuje szybkie, właściwe decyzje. – To twój dajmonion – mówi jej koleżanka.

Izolda w kółko myśli: – Jak wydostać męża z Mathausen? Wozi tytoń do Wiednia, bo tam jest ktoś, kto może pomóc. Jest w stanie zrobić wszystko, by osiągnąć cel – ocalić ukochanego. W wiedeńskim więzieniu siedzi z francuską komunistką, która z podobną energią jak ona o mężu mówi o wielkiej sprawie – światowej rewolucji i zwycięskiej Armii Czerwonej. Obie mają cel i wiarę, czyli najlepszy motor przetrwania.
Historia Izoldy to zresztą nie tylko sensacyjna love story, ale też opowieść o rozmijaniu się oczekiwań i rzeczywistości. Szczęście dopada Izoldę w pociągu w czasie kolejnej ucieczki przez Niemcy, a nie wtedy, gdy obejmuje ją odnaleziony mąż. Podobnie wielokrotnie wyobrażana scena zemsty wygląda inaczej: tuż przed wyzwoleniem Izolda (żeby być bliżej męża) zaczyna pracować w Wiedniu, w szpitalu. Opatruje esesmanów. – Zemścij się teraz – mówi do niej żołnierz wkraczającej Armii Czerwonej. Ale Izolda nie może i nawet nie chce.
Jej powojenne losy też są inne, niż się spodziewała. Mąż bardzo się zmienił. Wyobrażała też sobie, że będzie o tamtym czasie opowiadać córkom i wnuczkom. Ale wnuczki nie znają polskiego, a ona, choć od dawna jest mieszkanką Izraela, nie nauczyła się hebrajskiego. Zresztą nawet gdyby miały wspólny język, co wnuczki by z tego zrozumiały? Przecież już żydowski żołnierz z Nowego Jorku powiedział jej, że w Ameryce żadna żydowska gmina nie wyraziłaby zgody na getto i wywózki...
Historia Izoldy-Marii jest niewyobrażalna. Nawet ona sama w pełni jej nie rozumie. Ale wie, że trzeba ją opowiadać. W tym jej jedyny, być może, sens.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Hanna Krall, „Król kier znów na wylocie”, Świat Książki, Warszawa 2006

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)