Krew Świętego Januarego

Sándor Márai, popularny niegdyś na Węgrzech jako pisarz skazał się na żywot dobrowolnego wygnańca pomieszkującego w Europie i Ameryce.
Zaryzykujmy pewien eksperyment myślowy. Oto jakiś szaleniec wynajduje wirus niszczący słowo pisane. Opętany ideą przekazania przyszłym pokoleniom samej istoty naszej kultury doszedł do wniosku, że słowo kompletnie się zdewaluowało, a jego nadprodukcja doprowadziła do powstania gigantycznego śmietnika wartości. Literatura zabełkotała się na śmierć. Dziennikarstwo stało się polem bitwy na chwilowe efekty. Filozofia dawno zeszła na psy i niczemu nie służy. Po co więc przekazywać ten chaos dalej? Wymyśla więc komputerowy program niszczący teksty i wrzuca weń całą pisaninę XX wieku od „Ulissesa” po „Nasz Dziennik”.

Ale robi to też dlatego, że kocha nad życie pewnego pisarza i tylko jego twórczość chce ocalić dla potomności. Uważa, że nikt lepiej od niego nie uchwycił węzłowych problemów XX wieku. Ponieważ autor ów osobiście przeżył wiele z tego, o czym pisał, nie ma mowy o konfabulacjach. Jest to przy tym proza absolutnie znakomita literacko. Po co więc mnożyć teksty bez potrzeby? I w tym momencie nasz haker naciska enter i całe pisarstwo współczesności diabli biorą. Z wyjątkiem książek Sándora Máraia.
Miałby rację? No cóż. Niżej podpisany niewątpliwie wolałby mieć do czynienia z trochę większym towarzystwem. Musi jednak przyznać hakerowi: stawiając na Máraia, nie popełniłby pomyłki.
Rzeczywiście, trudno o bardziej wiarygodnego świadka burzliwego XX wieku. Ten urodzony w 1900 roku Węgier, arystokrata z ducha i urodzenia, bywalec Europy, świadek obu wojen, nie zniósł zaprowadzonego w swoim kraju komunizmu i na zawsze z niego wyemigrował. Popularny niegdyś na Węgrzech jako pisarz skazał się na żywot dobrowolnego wygnańca pomieszkującego w Europie i Ameryce, często na granicy biedy. Z latami chował po kolei wszystkich swoich bliskich, a kiedy już został absolutnie sam, w wieku 89 lat się zastrzelił. Najbliżsi sąsiedzi nie wiedzieli, kim był. Wielką sławę zaczął zyskiwać dopiero po śmierci.
[CMS_PAGE_BREAK]„Krew świętego Januarego” nie należy do jego uznanych arcydzieł. Ale nawet będąc „tylko” jedną z ponad 60 książek Máraia, dowodzi, jaka siła tkwi w tej literaturze. Rzecz dzieje się w małym włoskim miasteczku pod Neapolem kilka lat po II wojnie światowej. Włochy są wciąż obolałe po swoim dwuznacznym w tej wojnie udziale. Miasteczko jest bardzo biedne, mieszkańcy żyją głównie z żebraniny i drobnego handlu czymkolwiek. Za to bezgranicznie wierzą w cuda. Mają je skądinąd za coś oczywistego i naturalnego, tak jak zachód słońca albo przypływ morza. Taka choćby krew świętego Januarego: jesteśmy świadkami, jak jej zaschnięta plama nagle pieni się w relikwiarzu. Problemem mieszkańców są więc nie cuda, ale pobyt w miasteczku dwojga dziwnych ludzi z Europy Wschodniej, uciekinierów szukających swojego miejsca na ziemi. Jeden z nich, mężczyzna, już tego miasteczka nie opuści. Zginie w dziwnych okolicznościach; wszyscy podejrzewają samobójstwo. A on chciał, drobiazg, tylko zbawić świat. Nie był Mesjaszem ani wariatem. Był filozofem, który doszedł do wniosku, że jedynie mistyczne zbawienie może uratować świat od totalnej paranoi*.
Ostatnia część książki to dialogi, a właściwie monologi spowiedzi tych dwojga cudzoziemców. Niezwykłe, wstrząsające. Z ponurą obsesją przeplata się przez nie precyzyjna analiza nieszczęść, jakie spadły na Europę z powodu komunizmu.
Márai podobnie jak Miłosz uważał komunizm za centralny problem XX wieku. I chyba nikt w literaturze nie przeprowadził głębszego intelektualnie dowodu na wpisany weń organiczny absurd i nieokiełznane azjatyckie okrucieństwo.

Tadeusz Nyczek/ Przekrój

* W „Gazecie Wyborczej” z 27 grudnia artykuł: „Benedykt XVI: człowiek potrzebuje Zbawiciela”.

Sándor Márai „Krew Świętego Januarego”, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2006
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)