Iwona Menzel - "Z widokiem na Castello" fragment 3.

To był ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam don Battistę takim, jakim był naprawdę: siedemdziesięciopięcioletnim drobnym staruszkiem z okrągłą główką sępa na pomarszczonej szyi.

To był ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam don Battistę takim, jakim był naprawdę: siedemdziesięciopięcioletnim drobnym staruszkiem z okrągłą główką sępa na pomarszczonej szyi. Potęga jego osobowości była tak wielka, że wypełniał sobą szczelnie każde pomieszczenie, w którym się znajdował, i wydawał się olbrzymem. Hotelem, rodziną i gośćmi rządził żelazną ręką, w najlepszej tradycji tyranów Kampanii. Nie tolerował cienia sprzeciwu i nic nie uchodziło uwadze jego wciąż jeszcze pięknych oczu, które jarzyły się namiętnym ogniem w pokrytej brunatnymi plamami twarzy.
Energia don Battisty była niespożyta. Już przed szóstą rano krzątał się po kuchni, przepasany wielkim fartuchem w kwiatki, a jeszcze po północy wskakiwał z ryżową szczotką do opróżnionego basenu, żeby go wyczyścić przed ponownym napełnieniem wodą z własnego gorącego źródła. Przez cały dzień pomykał niestrudzenie po wykutych w skale schodkach, a jego łysa, okolona wianuszkiem długich loków czaszka świeciła wesoło w słońcu pomiędzy krzewami oleandrów i hibiskusów. Te loki stanowiły znak firmowy don Battisty i manifestowały, że ma duszę artysty, którym rzeczywiście był: życiem don Battisty był śpiew. Nie jakieś tam „Wróć do Sorrento” czy „Płyń barko moja” dla wprawienia zagranicznych gości w dobry humor, tylko prawdziwe bel canto, solidny repertuar operowy: Rossini, Puccini i Verdi. Od rana do nocy słychać było jego piękny, pełny tenor, z młodzieńczym zapałem zapewniający Aidę o swojej miłości, opłakujący Desdemonę albo zaklinający płochą Violettę. Przy kolacji don Battista przechodził sam siebie, brawurowo miotał nad głowami oszołomionych gości arie, recytatywa i tremola, nie szczędząc bohaterskich póz oraz mimiki. W lekkim rozkroku, z prawą stopą nieco wysuniętą, wypiętą piersią, oczami skierowanymi ku górze, z prawą ręką wzniesioną okrągłym łukiem nad głową i rozcapierzonymi z gracją palcami przedzierał się z wirtuozerią przez odmęty opery włoskiej, samotny w swojej wyniosłości i uwięziony w ogromie własnego majestatu. Od zebranych oczekiwał nieustających dowodów bezgranicznego zachwytu, frenetycznych oklasków i okrzyków „Evviva! Bravo, don Battista, bravo! Bis!”. Z ostatnim tonem, drżącym jeszcze w powietrzu, obrzucał wiwatujących spojrzeniem pełnym bezbrzeżnej pogardy, chłodno skłaniał głowę w podzięce za aplauz i oddalał się z kamienną miną w stronę kuchni.


W obliczu przeżycia artystycznego tak obezwładniającego nieśmiała prośba o podanie chleba czy soli była oczywiście nie do przyjęcia: chleb i sól dostawało się w innych hotelach, u don Battisty dostawało się Verdiego. Nieostrożnego gościa don Battista karał lodowatą obojętnością i odbierał mu resztkę godności, degradując go do numeru pokoju. „Numer 110 – mówił, sztywniejąc – czego właściwie numer 110 oczekuje za te marne pieniądze, które mi płaci? Numer może, rzecz jasna, przenieść się do Continentalu albo Majesticu, jeżeli się mu u nas nie podoba i płacić za noc pięćset marek. My tu może nie mamy takich wulgarnych luksusów, do jakich numer na wycieczce z Neckermannem do Tunezji przywykł, ale za to jesteśmy jedną rodziną i traktujemy naszych gości jak przyjaciół. Tego numer 110 w Continentalu mieć nie będzie”.
Grupa wiernych przyjaciół don Battisty przyjeżdżała rok w rok, zajmując zawsze te same pokoje, przejmując w sposób naturalny te same obowiązki i rozwijając strategię przeżycia pozwalającą na spędzenie mniej więcej harmonijnego pobytu pod dachem mistrza. Wykonywali bez słowa skargi drobne prace porządkowe, rozwieszali upraną bieliznę pościelową, zmywali naczynia, podlewali kwiatki i karmili kota. Dzięki ich ofiarności Villa Don Battista była zapewne jedynym hotelem na wyspie, który nieomalże całkowicie obywał się bez infrastruktury technicznej, takiej jak na przykład zmywarka do naczyń. Prawdziwi aktywiści, tacy jak pani Pawelke, przyjeżdżali nawet dwa razy w roku: wiosną, żeby doprowadzić ogród do porządku przed sezonem, i jesienią, żeby go przygotować na zimę. Don Battista uważał to zaangażowanie za samo przez się zrozumiałe, gdyż, jak twierdził, gości było wielu, a on tylko jeden. Niezupełnie było to prawdą, gdyż istniał również młody signor Spinelli, Fabio, przystojny trzydziestolatek o miękkim zarysie podbródka i zaczątkach brzuszka. Codzienne przebywanie w atmosferze przesyconej przerażającą witalnością don Battisty musiało go straszliwie wyczerpywać, gdyż całe dnie spędzał przed telewizorem, zwisając z fotela jak zepsuta kukiełka, z wyrazem bezgranicznego wyczerpania na ładnej twarzy. Od czasu do czasu budził go do życia sygnał telefonino, komórki, z którą, jak większość Włochów, nigdy się nie rozstawał, uważając ją za część ciała. Przemieniał się wówczas na kilka minut w uwodzicielskiego amanta, ważnego biznesmena albo światowego dandysa i gestykulował żywo, wydając namiętne okrzyki, żeby po wyłączeniu komórki znowu natychmiast oklapnąć. Wiadomo było, że istnieje tylko jeden don – don Battista – i jak długo żyje, Fabio pozostanie Fabiem, w wieku lat trzydziestu, czterdziestu, a chociażby i sześćdziesięciu. Nie opłacało mu się więc odchodzić od telewizora.
– Jeżeli chcemy nadal przyjeżdżać do tego niezwykłego miejsca, musimy pomagać don Battiście – wysapałam kiedyś do Jochena Kamerzysty, wlokąc walizę po schodach. – Inaczej połknie biednego staruszka jakiś koncern i już nas nie będzie stać na patrzenie na Castello.
– To nie jest żaden biedny staruszek, tylko cholernie cwany stary skurwysyn – odparł trzeźwo Jochen. – Ma dwa mieszkania własnościowe w Forio, trzy w Neapolu i winnicę pod Sant' Angelo. Celowo chodzi w tych łachmanach, żeby goście myśleli, że ledwie koniec z końcem wiąże, nie pyskowali na niewygody i brali się za robotę. Znam go od lat i wiem, jaki jest.
– Jeśli to prawda... to dlaczego wciąż tu przyjeżdżasz? – zapytałam wstrząśnięta.
– A bo ja bardzo lubię tego starego skurwysyna – powiedział Jochen z czułością.

Tagi: powieść
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)