Elizabeth Buchan - "Dobra żona" - fragment 1

Odłożyłam słuchawkę i kolejny raz doznałam tej niewiarygodnej lekkości prawdziwego oswobodzenia.
/ 16.03.2006 16:57
 
Gdy przedstawiłam Meg swoją decyzję pozostania w Fiertino do końca miesiąca, była ze mną jak zwykle szczera:
– To do ciebie niepodobne, Fanny, żeby opuszczać posterunek. Will jest dość niezadowolony.
– To niech lepiej ze mną porozmawia.
– Zrobi to z pewnością. Ja tylko powtarzam jego słowa. Jest w trudnym położeniu. Ostro skrytykowano go w prasie za odmowę udziału w programie Newsnight. Oskarżenia o tchórzostwo, i tak dalej.
– Biedny Will. Nie wiedziałam. Ale przetrwa ciężki okres. Jest sezon ogórkowy, wszyscy wyjadą na wakacje.
– Nie potrafię sobie wyobrazić, co cię tam trzyma, co jest tam takiego ważnego.
– Dom – wyznałam, upajając się nagłą falą przyjemności. – Nazywa się Casa Rosa.
– Dom? Nie słyszałam, żebyś wcześniej wyrażała zainteresowanie jakimś domem. Gdybyś powiedziała w i n o, to bym rozumiała. Co jest w tym domu tak cudownego?
„Ma pokoje – chciałam powiedzieć – piękne pokoje, z których każdy domaga się kontemplacji, mojej największej uwagi, poważnej, pełnej zachwytu obserwacji”.
Meg skwitowała naszą rozmowę stwierdzeniem:
– Widzę, że będę musiała cię zastąpić.
Will nie był uszczęśliwiony. Zadzwonił, kiedy szykowałam się do wyjścia na rynek, żeby zjeść coś w poleconej przez Benedettę kawiarni u Angela.
Usiłowałam wyjaśnić mu, że Casa Rosa skradła mi serce, i zaznaczyć – delikatnie – że trochę wolnego czasu prawdopodobnie dobrze zrobi nam obojgu.
– Pewnie masz rację – uznał – ale… Fanny… czy jest coś, o czym nie wiem, coś, o czym powinniśmy porozmawiać?
– Przepraszam. Wiem, że to dla ciebie pewna niedogodność.
– Naprawdę nie pojmuję.
– Postaraj się.
– Dlaczego akurat teraz? Możesz wrócić tam w każdej chwili.
Poczułam się tak, jakbyśmy znajdowali się na przeciwległych krańcach przestronnego pokoju, nadwerężając gardła, by wzajemnie się usłyszeć. Nie zamierzałam jednak ruszać się z miejsca.
– Co jest w tym domu tak urzekającego?
– Przywiozę zdjęcia i ci pokażę.
– Rozmawiałem z Mannochiem. Jest kilka imprez, na których powinnaś być obecna.
– Czy Mannochie nigdy nie daje za wygraną? Niech Meg mnie zastąpi. Będzie zadowolona.
– To nie jest idealne rozwiązanie. – W jego głosie pobrzmiewała wątpliwość.
– Zdarza się to po raz pierwszy, Will.
Zapadło kłopotliwe milczenie.
– Fanny, czy ja cię tracę?

Wtedy ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, a poczucie winy w moim wypadku skutkowało zwykle utratą panowania nad sobą.
– Will – syknęłam do słuchawki – opiekuję się Chloe, prowadzę dom i… znoszę obecność Meg. Obnosiłam uśmiechniętą twarz na niezliczonych imprezach charytatywnych, tysiącach kolacji, podwieczorków, spotkań i Bóg wie ilu dyżurach poselskich. Poświęciłam dla nich pracę, którą uwielbiałam, nie wspominając o moim czasie, moich weekendach i znacznej części mojego życia. Wszystko, o co proszę, to kilka wolnych od obowiązków tygodni. Umarł mój ojciec i chcę w spokoju o nim pomyśleć. Potrzebuję tego. Jestem zmęczona i smutna. Tęsknię za naszą córką. – Mogłam dodać: „Jestem zagubiona”.
Usłyszałam pstryknięcie zapalniczki.
– Nie wiedziałem, że tak się czujesz.
– Teraz już wiesz.

Gdy miałam czternaście lat, dentysta zdjął mi z zębów klamry. Przez lata moje usta były obciążone metalem, każdego dnia ostre krawędzie wrzynały się w nowy fragment wrażliwego dziąsła, aż tworzyły się afty. Uśmiech przyprawiał o ból i nigdy ani na minutę nie mogłam zapomnieć, że jestem brzydka i pokraczna. Chwila uwolnienia od tortury aparatu korekcyjnego przyniosła doznanie niewiarygodnej lekkości w ustach.
Odłożyłam słuchawkę i kolejny raz doznałam tej niewiarygodnej lekkości prawdziwego oswobodzenia.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)