"Drugie spojrzenie" - We-Dwoje.pl recenzuje

Fani twórczości Jodie Picoult mogą poczuć, że ich uwielbienie do autorki może być wystawione na próbę. Mistycyzm i sprawy nadprzyrodzone nie zawsze bowiem sprzedają się u autorów dramatów. Niby wszystko jest tak jak zawsze. Jest problem, społeczny aspekt całej historii i wieloosobowi bohaterowie główni. Trudno się jednak pozbyć wrażenia, że tym razem Picoult trochę przesadziła. W końcu nawet książkowy realizm musi mieć swoje granice.
/ 19.10.2010 09:57

Fani twórczości Jodie Picoult mogą poczuć, że ich uwielbienie do autorki może być wystawione na próbę. Mistycyzm i sprawy nadprzyrodzone nie zawsze bowiem sprzedają się u autorów dramatów. Niby wszystko jest tak jak zawsze. Jest problem, społeczny aspekt całej historii i wieloosobowi bohaterowie główni. Trudno się jednak pozbyć wrażenia, że tym razem Picoult trochę przesadziła. W końcu nawet książkowy realizm musi mieć swoje granice.

Książki Jodie Picoult są jak mozolnie zrobione, perfekcyjne układanki. Pozornie nie związane ze sobą wątki, mniejsze i większe, główne i poboczne, związują się w końcu ze sobą w jedną całość, opowiadającą historię o życiu, problemach i heroizmie, do jakiego może zmusić się człowiek, kiedy zostaje postawiony w ekstremalnej sytuacji. Picoult to jedna z najciekawszych pisarek dramatów, jakie dzisiaj istnieją na rynku wydawniczym. Ale nawet jej zdarza się czasami przesadzić.

Na przykład w najnowszej z wydanych u nas książek. Drugie spojrzenie to literacka analiza konfliktu nie tylko na tle pokoleniowym, ale też historycznym, społecznym i rasowym. Comtosook, małe miasteczko w amerykańskim stanie Vermont. Nowy inwestor chce postawić tutaj centrum handlowe, wykupując pod nie teren od starego Spencera Pike'a, który w domu spokojnej starości dożywa właśnie ostatnich dni. Kiedy jednak do budowy dochodzi koncepcja wyburzenia starego domu Pike'ów, głośny protest rozpoczynają Indianie, twierdząc, że ziemia jest miejscem pochówku indiańskiej krwi. Inwestor nie rezygnuje. W mieście zaczyna nagle dochodzić do niewyjaśnionych zdarzeń. Róże rozkwitają o północy. W ekspresie do kawy parzy się wyłącznie lemoniada. Porcelana tłucze się, zawsze o tej samej godzinie, niezależnie od tego jak ostrożnie została opakowana. Do Comtosook przyjeżdża Ross, brat jednej z mieszkanek miasteczka. Niosący na swoich barkach swoją włąsną głęboką traumę, Ross chce odnaleźć w zaświatach utraconą ukochaną. Miasteczko wydaje się być jego najbardziej realną szansą na znalezienie dowodu na życie po życiu. Tylko, czy to co znajdzie, da mu w końcu wymarzony spokój?
Mimo dość dużej sympatii do książek Picoult, mam tutaj do pisarki dość duży żal, głównie za wprowadzanie do opowieści tego co nadprzyrodzone. Nie dlatego znane są jej książki, nie dlatego odniosła sukces jako pisarka. Fakt, jest w tej książce wszystko, do czego zdążyła nas już przyzwyczaić. Jest wielowątkowa opowieść, gdzie z pozornie niezwiązanych części, składa się w końcu jedna całość. Są ciekawi, dobrze osadzeni w całej akcji bohaterowie, większość z których (jak to u Picoult bywa) musi odnaleźć się w ekstremalnych życiowych sytuacjach, które wymagają od nich nieludzkiego wysiłku. A traum jest tutaj sporo. Gdyby książki Picoult działy się w rzeczywistości, można by oskarżyć los o zrzucanie na bohaterów rekordowej wprost ilości nieszczęść.
Fakt, niezależnie od duchów, książka w miarę wciąga. Wszystko jest napisane sprawnym stylem pisarki, pozwalającym na szybkie przeczytanie całości. Nawet zakończenie jest dla czytelnika nagrodą, bo nawet pozornie przewidywalny już koniec jest w stanie zaskoczyć. Gdyby nie te duchy... Ba, to mogła być jedna z najciekawszych powieści autorki. Tak jest... inna. Ale tą drogą wolałabym, żeby szli raczej autorzy innych gatunków niż dramat.