Być jak Bruce Chatwin

Zbiór opowieści wyjątkowego podróżnika i pisarza, który zjeździł pół świata i zrobił z tego kawał ekscytującej literatury.
/ 04.12.2006 18:17
Jego życie obrosło legendą, a książki weszły do kanonu literatury związanej z podróżami. To określenie wydać się może nieco dziwaczne, ale używam go nie bez powodu.
Chodzi mi o to z jednej strony, że Chatwinowi zarzucano, iż nie zawsze ściśle trzyma się faktów, co dyskwalifikowało go w oczach strażników świętego ognia „prawdziwej literatury podróżniczej”, którzy sądzą, że ma ona odwzorowywać rzeczywistość z fotograficzną wiernością. Z drugiej strony sam zainteresowany przyznawał, że nieustannie i intencjonalnie oscyluje wokół granicy fikcji i faktu, nie bardzo zresztą wiedząc, w którym dokładnie miejscu ona przebiega. Zauważał też, nieco bezczelnie, że „Kiedy moje książki trafiają na półkę z literaturą [„bezprzymiotnikową” – M.S.], stoją obok Chaucera, a kiedy lądują w dziale literatury podróżniczej, za sąsiedztwo mają „Czechosłowację za 10 dolarów na dzień”. Tak czy inaczej, bezsprzeczną prawdą jest, że Bruce Chatwin (1940–1989) zjeździł pół świata i zrobił z tego kawał ekscytującej literatury.
Najpierw pracował w domu aukcyjnym Sotheby’s, gdzie po błyskotliwej karierze został głównym specem od impresjonizmu, a także jednym z najmłodszych dyrektorów firmy. Rzucił to, by podjąć dodatkowe studia archeologiczne, ale szybko zniechęcił się do akademickiego drylu. Podjął współpracę z „Sunday Timesem”, ale i tam nie wytrwał zbyt długo. Odszedł i ruszył do Patagonii, skąd przywiózł swoją pierwszą książkę, zapis tej podróży. I odtąd pracował już tylko na własny rachunek.
Książek zostawił zresztą ledwie kilka (w Polsce w latach 90. wydano powieść „Utz” i poświęcony kulturze Aborygenów ekscentryczny bestseller „Ścieżki śpiewu”), ale i tego starczyło, by jego prozę filmował Werner Herzog („Cobra Verde”), a zachwycali się nią Salman Rushdie czy Susan Sonntag.
„Co ja tu robię?” to teksty z różnych lat, które w książce ukazały się już po odejściu przedwcześnie zmarłego pisarza. Ten zbiór świadczy i o jakości Chatwinowskiego pisania (proszę przeczytać na początek skondensowany do dwóch i pół strony opis odwiedzin u Nadieżdy Mandelsztam!), i o iście renesansowym spektrum jego zainteresowań. Mamy tu relację z zamachu stanu w Beninie (wytrzymującą porównanie z wojennymi reportażami Kapuścińskiego) i feng shui w Hongkongu; himalajską wyprawę tropami yeti i spotkania z André Malraux i Ernstem Jüngerem, i podróż do ZSRR śladami weteranów sowieckiej artystycznej awangardy. Rozważania o stepowych nomadach, a obok zdanie sprawy z kampanii wyborczej Indiry Gandhi. I wreszcie kapitalny tekst o paryskiej kreatorce mody zaczynający się od zdania: „Madeleine Vionnet jest bystrą, psotną dziewięćdziesięciosześcioletnią staruszką z osiemdziesięciosześcioletnią praktyką w sztuce projektowania strojów”.
Drugiego Bruce’a Chatwina, jak się zdaje, prędko się nie doczekamy.

Marcin Sendecki/ Przekrój

Bruce Chatwin „Co ja tu robię?”, przeł. Paweł Lipszyc, PIW, Warszawa 2006
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)