POLECAMY

Blokowisko

Kto by pomyślał, że o piątej nad ranem jest tak głośno? Głośno, lecz nie hałaśliwie. To ptaki. W koronach drzew. Nie spłoszone jeszcze warkotliwym odgłosem silników samochodowych, urządzają swój poranny koncert. Ćwierkają, śpiewają, kwilą – jeden przez drugiego...
Kto by pomyślał, że o piątej nad ranem jest tak głośno? Głośno, lecz nie hałaśliwie. To ptaki. W koronach drzew. Nie spłoszone jeszcze warkotliwym odgłosem silników samochodowych, urządzają swój poranny koncert. Ćwierkają, śpiewają, kwilą – jeden przez drugiego...

Niebo szarzeje, horyzont czerwieni się wschodzącym słońcem, na przyblokowe parkingi powoli schodzą się ludzie. Ziewają, rozjeżdżając się do roboty. Część niezmotoryzowana Blokowiskotłoczy się na przystankach w oczekiwaniu na autobusy, inni żwawym lub ślamazarnym krokiem decydują się na pieszą wędrówkę.

Gdy mija pora śniadaniowa – przychodzi czas gospodyń domowych i emerytek. Asfaltowymi alejkami, pomiędzy trawnikami obsadzonymi sporą ilością klonów i kasztanowców – rzadziej białymi brzozami – wędrują one na zakupy. W spożywczakach, mięsnych, przy kioskach z gazetami i w sklepach z tanią odzieżą, załatwiają rozmaite sprawunki: na obiad, na popołudniowy relaks, na wieczorne sprzątanie łazienki. Najnowsze plotki łowione są przez panie kasjerki, które – chcąc nie chcąc – dowiadują się, że wczoraj u Kowalskich była impreza do czwartej nad ranem, że Iksińscy się awanturowali i policja po nich przyjechała, a Nowakówna wróciła do domu z informacją, że jest w ciąży, czym matkę niemal do zawału doprowadziła.

Na ławeczce przy skwerku zasiadają „panowie ławnicy” – jak o nich mówią. To ci, których zawsze i wszędzie się widzi. Panowie od samego rana kombinujący, jak tu wyprosić u kogoś dwa złote i kupić jakieś śniadanie do wypicia. Jedno lub dwa – zachrypniętym głosem w sklepie proszą: „Kierowniczko, pani da tę wiśniówkę”. Po czym, rozlewając sprawiedliwie zawartość butelki w plastikowe kubki, dzielą się nowinami zebranymi od czasu wczorajszego posiedzenia. Do końca dnia wszak daleko, zdążą jeszcze niejedną butelczynę „zorganizować”.

Południe wyciąga z półotwartych okien zapachy przygotowywanych posiłków. Smażonych, gotowanych – czasem przypalonych. Miesza je ze sobą. Dzieci wracają ze szkolnych zajęć, wylegają na placyki zabaw, biegną na boisko. Pomiędzy ścianami wieżowców odbijają się ich nawoływania. Robi się głośno, gwarno, coraz częściej daje się też słyszeć denerwujący turkot kół deskorolek – obecnie najmodniejszej zabawki wśród młodzieży. Szum, jaki wytwarza dzieciarnia i młodzież okupująca krawężniki, schodki, drabinki, boiska, nagle niknie, ucinany nawoływaniem z okien lub dzwonkami komórek, które nosi teraz niemal każde dziecko. Obiad. Parkingi zapełniają się ponownie, ludzie wracają z pracy. „Panowie ławnicy” są już po trzeciej butelce.

Popołudniowe lenistwo widoczne jest również na osiedlu. Powolnym krokiem spacerują zakochane pary, rodzice z dziećmi, właściciele psów. Niektórzy w ramach owego „spaceru z pieskiem”, po prostu przysiadają na barierce czy ławeczce wraz z właścicielem innego czworonoga, pozwalając, by zwierzaki swobodnie gdzieś się wyganiały, a sami prowadzą długie rozmowy, nierzadko przy papierosku i/lub piwku. Bezpośrednio pod blokami pojawiają się skupiska młodzieży, najczęściej podzielone na męskie i żeńskie. Obmawiają się nawzajem, spoglądają na siebie z ukosa, czasami wybuchają głośnym, sztucznym, teatralnym śmiechem, mającym demonstrować pogardę i lekceważenie dla grupy przeciwnej. „Panowie ławnicy” są zaciągani do domów przez swoje, mocno już zdenerwowane, żony. Zostają ci, którzy nie mają partnerki życiowej.

Zapada wieczór. Okna wieżowców rozświetlają się rozmaitymi odcieniami żółci, zieleni, czerwieni, błękitu... W tych, gdzie nie ma zasłon – widać krzątających się domowników. Czasem w kuchni, czasem w pokoju. Rozmawiają ze sobą, pracują, oglądają telewizję w bladej poświacie odbiornika... Pilnują dzieci, by odrobiły lekcje, nadzorują (lub nie) ich zabawę, przyjmują znajomych, którzy wpadli z wizytą. Tam, gdzie ta wizyta przyjmuje większą skalę i staje się zakrapiana, słychać śpiewy, często mocno fałszywe, jak choćby przez okrągłe dwie godziny wykrzykiwana z jednego z balkonów fraza „Jesteś szalona!”. I nic poza tym... sto dwadzieścia minut chóralnego, trójgardłowego ryku. Zgroza... Nawet ostatni „panowie ławnicy” mając dość tego żałosnego koncertu, dopijają ostatnie resztki kolacji i rozchodzą się człapliwie do domów.

Noc... Ta rozjaśniana już tylko ulicznymi latarniami wyznaczającymi świetliste linie przez osiedle i błyskająca pojedynczymi oknami „nocnych Marków”. Niektórzy z nich pracują, inni oglądają telewizję, jeszcze inni prowadzą długie nocne rozmowy: w sieci, przez telefon, na żywo... Od czasu do czasu jakiś zapóźniony, podchmielony, albo całkiem wstawiony, gość idzie zygzakiem przez wąwóz, próbując coś zaśpiewać, wymruczeć do siebie lub też zawołać kogoś, kogo – zda mu się – widzi na drugim końcu chodnika.

W końcu gasną ostatnie światła. Zasypiają gospodynie domowe, spracowani małżonkowie, nocni internauci, romantyczni kochankowie, nieszczęśliwe nastolatki, maniacy nocnego kina... Zapada cisza, z dali słychać jedynie czasem sygnał karetki, stukot kół pociągu na nocnej trasie. Osiedle zasypia... Na krótko, bowiem już za dwie-trzy godziny znów zbudzą się do koncertu pierwsze poranne ptaki...

* * *
Osiedle to osiedle. Zwykła, otaczająca nas dzień pod dniu rzeczywistość. Środowisko, w którym się poruszamy, nie przyglądając mu się zbytnio. Rejestrujemy obrazy gdzieś poza granicami świadomości, nie przywiązując do nich zbytniej wagi. Gdy jednak zaczniemy przywoływać je z otchłani pamięci, nagle coś się zmienia... Widzimy dużo... o wiele więcej niż nam się wydaje.

Rafał Wieliczko
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)