Anna Gavalda "Po prostu razem" - fragment 2.

„Lepsza dzielnica...”. Przypomniała sobie wyrażenie Carine, gdy wchodziła na pierwszy ze stu siedemdziesięciu stopni, jakie miała do pokonania, aby dojść do swojej nory. Lepsza dzielnica, taaa...

„Lepsza dzielnica...”. Przypomniała sobie wyrażenie Carine, gdy wchodziła na pierwszy ze stu siedemdziesięciu stopni, jakie miała do pokonania, aby dojść do swojej nory. Lepsza dzielnica, taaa... Mieszkała na siódmym piętrze w służbówce eleganckiej kamienicy, która wychodziła na Pola Marsowe. Pod tym względem można było powiedzieć, że jest to super-miejsce, bo gdy stawała na stołku i niebezpiecznie wychylała się w prawą stronę, mogła zobaczyć szczyt wieży Eiffla. Ale jeśli chodzi o całą resztę, kochana, to nie to, co myślisz...
Trzymała się poręczy, wypluwając płuca i ciągnąc za sobą butelki wody. Starała się nie zatrzymywać. Nigdy. Pewnej nocy tak zrobiła i nie mogła się już podnieść. Usiadła na czwartym piętrze i zasnęła z głową pomiędzy kolanami. Pobudka okazała się przeżyciem niezbyt przyjemnym. Była zamarznięta i zajęło jej kilka sekund, nim zrozumiała, gdzie się znajduje.
Przed wyjściem zamknęła lufcik, obawiając się burzy, i westchnęła na myśl o duchocie, jaką tam zastanie... Gdy padało, stawała się mokra; w ładną pogodę, jak dziś, dusiła się z gorąca, a w zimie trzęsła z zimna. Camille znała doskonale warunki klimatyczne, ponieważ mieszkała tam od roku. Nie narzekała, bo to wysoko położone lokum spadło jej z nieba i wciąż jeszcze pamiętała zakłopotaną minę Pierre’a Kesslera w dniu, w którym otworzył drzwi do tej nory i wręczył jej klucz.
Było to pomieszczenie mikroskopijne, brudne, zagracone i zesłane przez opatrzność.
Tydzień wcześniej Pierre Kessler znalazł Camille Fauąue na wycieraczce swojego domu, zagłodzoną, ledwo przytomną i milczącą, bo właśnie spędziła kilka nocy na ulicy.
Z początku przestraszył się, widząc ten cień na progu:
- Pierre?
- Kto tu jest?
- Pierre... - jęknął głos.
- Kim jesteś?
Zapalił światło i jeszcze bardziej się przestraszył:
- Camille? To ty?
- Pierre - łkała, popychając walizeczkę - musicie mi to przechować... To mój dobytek, rozumiecie, i ukradną mi go... Wszystko mi ukradną... Wszystko, wszystko... Nie chcę, żeby mi odebrali moje narzędzia, bo umrę... Rozumiecie? Umrę...
Wydawało mu się, że dziewczyna majaczy:
- Camille! Ale o czym ty mówisz? I skąd przychodzisz? Wchodź!
Za jego plecami stanęła Mathilde i młoda kobieta runęła na ich wycieraczkę.
Rozebrali ją i położyli w pokoju gościnnym. Pierre Kessler przysunął krzesło do jej łóżka i patrzył na nią zaniepokojony.


- Śpi?
- Tak mi się wydaje...
- Co się stało?
- Nie mam pojęcia.
- Ale spójrz, w jakim jest stanie!
- Ciiiicho...
Obudziła się w środku następnej nocy i poszła po cichu się wykąpać, tak aby nie narobić hałasu. Pierre i Mathilde nie spali, ale uznali, że lepiej zostawić Camille w spokoju. Potrzymali ją kilka dni u siebie, zostawili drugie klucze i nie zadawali żadnych pytań. Ten mężczyzna i ta kobieta byli błogosławieństwem.
Gdy zaproponował Camille przeniesienie do służbówki, którą zatrzymał w kamienicy swoich rodziców od czasu ich śmierci, wyciągnął spod łóżka jej małą walizkę w szkocką kratkę:
- Proszę - powiedział. Camille pokręciła głową:
- Wolałabym ją zostawić tut...
- Nie ma mowy - przerwał jej sucho. - Zabierasz swoje rzeczy ze sobą. Tu nie jest ich miejsce!
Mathilde poszła z Camille do hipermarketu i pomogła wybrać lampę, materac, pościel, kilka garnków, płytę elektryczną i mikroskopijną lodówkę.
- Masz pieniądze? - spytała przed odejściem.
- Tak.
- Poradzisz sobie?
- Tak - powtórzyła Camille, powstrzymując łzy.
- Chcesz zatrzymać nasze klucze?
- Nie, nie, będzie dobrze. Ja... co ja mogę powiedzieć... co ja mogę...
Rozpłakała się.
- Nic nie mów.
- Dziękuję?
- Tak - odparła Mathilde, przytulając ją. - „Dziękuję” wystarczy.
Odwiedzili ją kilka dni później.
Byli tak wyczerpani wspinaczką po schodach, że od razu po wejściu padli na materac.
Pierre śmiał się i mówił, że przypomina mu to młodość.
Zanucił „Bohemę”. Napili się szampana z plastikowych kubeczków i Mathilde wyciągnęła torbę pełną wspaniałych przekąsek. Widząc, jak szampan i życzliwość dobrze wpływa na Camille, ośmielili się zadać jej kilka pytań. Odpowiedziała na niektóre. Nie nalegali.
Gdy wychodzili i Mathilde zeszła już kilka stopni, Pierre Kessler odwrócił się i chwycił dziewczynę za nadgarstki:
- Musisz pracować, Camille... Musisz teraz pracować... Spuściła wzrok:
- Wydaje mi się, że się ostatnio napracowałam, bardzo, bardzo napracowałam...
Ścisnął mocniej nadgarstki, sprawiając jej prawie ból.
- To nie była praca i doskonale o tym wiesz! Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy:
- To dlatego mi pomogliście? Żeby mi to powiedzieć?
- Nie. Camille drżała.
- Nie - powtórzył, puszczając ją. - Nie. Nie mów głupstw. Dobrze wiesz, że zawsze traktowaliśmy cię jak córkę...
- Cudowną czy marnotrawną? Uśmiechnął się do niej i dodał:
- Pracuj. Nie masz zresztą wyboru...
Zamknęła za nimi drzwi, posprzątała resztki kolacji i znalazła na dnie torby katalog Sennelier. Twoje konto jest zawsze otwarte... - widniało na nalepionej karteczce. Nie miała odwagi go przekartkować i dopiła resztę szampana prosto z butelki.
Posłuchała. Pracowała.
Dziś czyściła czyjeś gówna i całkowicie jej to odpowiadało.
Tak, na górze można się udusić z gorąca... Super-Josy ostrzegła je poprzedniego dnia: „Nie skarżcie się, dziewczyny; to są ostatnie dni ładnej pogody, potem nadejdzie zima i będą nam tyłki marznąć! A więc nie narzekać!”
Tym razem miała rację. Był już koniec września i dzień się robił coraz krótszy. Camille myślała, że powinna inaczej zorganizować sobie ten rok - wstawać wcześniej i kłaść się na trochę po południu, by zobaczyć słońce. Ta myśl zaskoczyła ją samą i z pewną nonszalancją zaczęła odsłuchiwać pocztę głosową:
„Tu mama. Cóż... - zaśmiał się głos - nie wiem, czy jeszcze kojarzysz, o kogo chodzi... Mama, wiesz? Takiego słowa używają grzeczne dzieci, gdy zwracają się do swej rodzicielki, jak sądzę... Masz bowiem matkę, Camille, pamiętasz jeszcze? Przepraszam, że przywołuję to fatalne wspomnienie, ale to już trzecia wiadomość, jaką ci zostawiam od wtorku... Chciałam się tylko dowiedzieć, czy wciąż jemy raz...”
Camille przerwała odsłuchiwanie i wsadziła napoczęty jogurt do lodówki. Usiadła po turecku i próbowała skręcić sobie papierosa. Palce jej drżały ze zdenerwowania. Kilka razy musiała sięgnąć po nową bibułkę. Koncentrowała się na tym zadaniu, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie, i przygryzała wargi do krwi. To zbyt niesprawiedliwe. Nie może wkurzać się z powodu bibułki, skoro przeżyła prawie normalny dzień. Gadała, słuchała, śmiała się, nawet się socjalizowała. Umizgiwała się wręcz do tego lekarza i złożyła Mamadou obietnicę. Niby nic, a jednak... Już od tak dawna niczego nie obiecała. Nigdy. Nikomu. I oto te kilka słów wydobywających się z aparatu rozwalało jej głowę, ciągnęło do tyłu i sprowadzało do parteru, zdruzgotaną pod ciężarem niesamowitych kamieni...
Tagi: powieść
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)