"Aniołek"

"Aniołek"

Lekcja miłości i magii w nowej, pełnej humoru powieści popularnej pisarki, Coleen McCullough.
/ 21.09.2007 10:08
"Aniołek"
Autorka "Ptaków ciernistych krzewów" pisze o potrzebie ciepła i ludziach, od których warto uczyć się życia.

Krótko o książce
Australia, lata 1960. Skończywszy dwadzieścia jeden lat, Harriet postanowiła "pozbyć się dawnej siebie". Zrywa z nudnym narzeczonym i wyprowadza się od rodziców. Dorosłe życie zaczyna w pokoju, wynajętym w podejrzanej dzielnicy Sydney. Poznaje tam ekscentryków różnej maści, od których uczy się miłości, tolerancji, gotowania i... magii. Szczególną więź nawiązuje z małą autystyczną dziewczynką - Flo, która nagle zostaje sama na świecie. Nieoczekiwany bieg wypadków sprawia, że więzi małej Flo i Harriet zacieśnią się jeszcze bardziej...

Powieść "Aniołek" do kupienia w księgarniach od 4 września 2007 r., Wydawnictwo Świat Książki.

Fragment "Aniołka" Coleen McCullough
Niedziela
1 maja 1960
Kiedy weszłam, na stole w salonie leżała kryształowa kula. Odkryta. Lato przeminęło, powietrze jest ostrzejsze i pewnie dlatego pani Delvecchio Schwartz nie przesiaduje już na balkonie. Dzisiaj na dodatek pada.
Flo z rozradowaną buzią podbiegła mnie uściskać, a kiedy usiadłam, wgramoliła mi się na kolana. Dlaczego czuję się tak, jakby była krwią z mojej krwi? Kocham ją coraz mocniej. Mój aniołek.
- Ta kula musi być bardzo cenna, skoro liczy tysiąc lat - zagadnęłam panią Delvecchio Schwartz, która naszykowała na stole tę samą co zwykle przekąskę.
- Gdybym ją sprzedała, mogłabym pewnie kupić hotel Australia, ale kuli się nie sprzedaje, księżniczko. Zwłaszcza takiej, która działa.
- Jak znalazła się w pani rękach?
- Podarowała mi ją poprzednia właścicielka. W testamencie. Jasnowidze przekazują sobie kule. Kiedy przyjdzie czas na mnie, przekażę kulę dalej.
Wtem Flo drgnęła konwulsyjnie, zeskoczyła z moich kolan i dała nura pod kanapę.
Niecałe pół minuty później przez otwarte drzwi wsunął się Harold. Skąd Flo wiedziała, że nadchodzi? Słuch mam dobry, a nie wyłapałam najlżejszego szmeru czy skrzypnięcia.
Pani Delvecchio Schwartz popatrzyła na niego z wściekłością.
- Co ty tu robisz, do diaska? - warknęła. - Jeszcze nie ma czwartej, dopiero pierwsza. Nie jesteś teraz mile widziany, Haroldzie, więc spadaj.
Harold, który cały czas wbijał we mnie nienawistne spojrzenie, przeniósł wzrok na nią, nie zamierzając się wycofać.
- Delvecchio, to hańba!
Delvecchio? Czyżby tak miała na imię?
Gospodyni odstawiła z hukiem butelkę brandy i popatrzyła na intruza. Z miejsca, gdzie siedziałam, nie mogłam wyczytać, co miała w oczach.
- Hańba?
- Te dwie obrzydliwe dewiantki seksualne, które mieszkają nad nami, ukradły pieniądze z gazomierza w łazience!
- Masz na to dowód? - spytała, wysuwając dolną wargę.
- Dowód? Nie potrzebuję dowodu! A któż inny mógłby to zrobić? Sama prosiłaś, żebym co niedziela sprawdzał gazomierze! - Zrobił grymas. - Jesteś za wysoka, mówiłaś, żeby tak się schylać, a ja mam przecież kaczą chorobę!
Grzmot wesołości wezbrał w jej piersi, obejrzała się na mnie.
- To prawda, księżniczko. Wiesz, co to jest kacza choroba?
- Nie - odparłam. Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby nie żartowała sobie z Harolda.
- Kuper za blisko ziemi. - Dźwignęła się na nogi. - Chodź, Haroldzie, zobaczymy razem.
Wiedziałam, że nie uda mi się namówić Flo na wyjście z kryjówki. Harold miał wrócić, a ona to przeczuwała. Percepcja pozazmysłowa. Czytałam gdzieś, że prowadzone są nad tym badania. Niech szlag trafi Harolda! Uciekł się do podstępu, żeby zepsuć mi spotkanie z panią Delvecchio Schwartz. Jim i Bob wykradające pensy z gazomierza? Niedorzeczny zarzut.
Wiele wskazywało na to, że ten tłumiący uczucia i hodujący nienawiść starszy człowiek jest kłębowiskiem negatywnych emocji. Przypomniał mi się wykład psychiatry o "maminsynkach". Jedynak, który pozostaje pod silnym wpływem matki aż do jej śmierci, potem, niezaradny życiowo, wpada w objęcia innej dominującej kobiety. Czy Harold był maminsynkiem? Pasował do schematu. Tylko że schemat nie tłumaczył, skąd wzięła się nienawiść do mnie. Uzależniony od matki synek jest z reguły nieszkodliwy, a jeżeli budzi się w nim agresja, kieruje ją albo przeciw dominującej kobiecie, albo - częściej - przeciw sobie samemu. Tak twierdził wykładowca. Dzisiaj okazało się, że nie ja jedna jestem obiektem nienawiści Harolda. Dziś celem ataku są Jim i Bob. A Jim jest kolejną królową mieczy.
Słyszałam, że pani Delvecchio Schwartz wraca, bo ryczała ze śmiechu.
- Fantastiko! - zawołała, wpadając do pokoju. Tuż za nią wszedł poszarzały na twarzy Harold.
- Do diaska, kapitalne!
- Co? - spytałam, bo tak wypadało.
- Faktycznie, podkradali pensy z gazomierza w łazience, ale kłódki nie zerwali, o nie! Piłką do metalu przecięli zawiasy pod drzwiczkami skrytki na monety. Nic nie było widać! W głowie się nie mieści, że zadali sobie tyle trudu dla marnych dwóch szylingów w pensówkach. To łobuzy!
- Delvecchio, nalegam, żebyś wyrzuciła te dwie kobiety! - krzyknął Harold.
- Słuchaj, moje słonko - wycedziła pani Delvecchio Schwartz. - To nie Jim i Bob, tylko Chikker i Marge z mieszkania na parterze od frontu. Nikt inny.
- Przecież to są porządni, stateczni ludzie - odparł nadęty Harold.
- Kiedy ty dorośniesz, kretynie! Nie słyszysz, jak ją tłucze w każdy piątek wieczorem, kiedy wraca do domu nawalony? Porządni, stateczni, akurat! - Zatrzęsły jej się ramiona. - Że też im się chciało tak trudzić dla kilku pensów! Ale nie mogę oskarżyć ich wprost. Zresztą wcale nie chcę. Nie urządzili burdelu i jeśli przymknąć oko na piątkowe wieczory, są dobrymi lokatorami.
- Muszę ci uwierzyć na słowo - rzekł Harold, któremu los Chikkera i Marge był najzupełniej obojętny. - Nalegam jednak, żebyś pozbyła się tych lesbijek! Baba na motocyklu, dajże spokój! Obrzydzenie bierze, a ty jesteś idiotką!
- A ty nie umiałeś sobie załatwić pieprzenia za friko pod siedemnaście D! - odparła swobodnie pani Delvecchio Schwartz. - Odwal się! No już, zabieraj się stąd! I nie wracaj o czwartej. Nie jestem w nastroju.
Zdecydowana odprawa trafiła w próżnię. Harold wpatrywał się we mnie z taką wściekłością, że aż ogłuchł. Ja zaś, z krępującym poczuciem, że nie powinnam tego wszystkiego słuchać, wpatrywałam się pilnie w wielką kryształową kulę i odbijający się w niej odwrócony pokój.
- Szkolisz następną szarlatankę? - spytał z sarkazmem. Pani Delvecchio Schwartz nie odpowiedziała. Złapała go za kark i za siedzenie spodni i wyrzuciła za drzwi, jakby nic nie ważył. Upadł z hukiem na podłogę w korytarzu. Omal nie pobiegłam, żeby zobaczyć, czy coś mu się nie stało, ale usiadłam z powrotem. Jeżeli wyrządziła mu jakąś krzywdę, to może się przynajmniej uspokoi.
- Odwal się, pieprzony wypierdku! - wrzasnęła w stronę korytarza i usiadła, promieniejąc z zadowolenia. Potem rzuciła w stronę kanapy: - Możesz już wyjść, Flo, Harold sobie poszedł.
- Dlaczego ona tak się go boi? - spytałam, popijając brandy.
Flo, na kolanach matki, ssała pierś.
- Nie wiem, księżniczko.
- Nie może tego pani z niej wydobyć?
- Nie chce o tym mówić. A ja nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć.
- Ale chyba... chyba nic by jej nie zrobił? - spytałam.
- Nie, Harriet, nie zrobiłby niczego złego. Nie jestem przecież głupia. To sprawy duchowe.
- Nie wiedziałam, że któremuś z mieszkańców Domu przeszkadzają Jim i Bob.
- Haroldowi przeszkadzają wszyscy.
- Czy jest maminsynkiem? Rentgen w oczach uaktywnił się.
- Umiesz ciągnąć za język, bystrzaku. I owszem, nie da się zaprzeczyć. Jego matka była, jak ja to nazywam, profesjonalną inwalidką. Leżała w łóżku, a Harold koło niej skakał. Kiedy umarła, zachowywał się jak kurczak z odciętym łebkiem, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ale jeszcze gorsze było to, że matka zapisała wszystko kuzynce w Anglii, której nie widziała od dzieciństwa. Kuzynka sprzedała dom i Harold nie miał się gdzie podziać. Wszystko, co zarobił, wydawał na samolubną starą krowę. Więc kiedy trafił do mnie, szukając pokoju, zlitowałam się nad nim. Dawno temu mieszkał u mnie jeden taki nauczyciel, który też uczy w tej aliganckiej prywatnej szkole. Od niego zresztą Harold dowiedział się o Domu. Wyłożyłam karty. Powiedziały, że Harold ma zrobić coś ważnego dla Domu, więc wzięłam go na lokatora. A potem - dodała z lubieżnym uśmiechem - dowiedziałam się, że jest starą panną nie tylko z zachowania... o tak, był prawiczkiem! Słowo daję, księżniczko, musisz skosztować prawiczka, nim umrzesz.
Miałam wielką ochotę powiedzieć, że moim zdaniem Harold jest chory, ale ugryzłam się w język, żeby nie narobić sobie kłopotów. Nie powiedziałam nawet o tym, że mnie prześladuje (...).
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)