„Białe zeszyty” – We-Dwoje recenzuje

Luźne, niepoukładane myśli. Chaos, który dopiero po przelaniu na papier, wydaje się nie wymykać spod naszej kontroli. Czy jednak panując nad słowem odzyskujemy władzę nad życiem? Skąd możemy mieć pewność, że puste kartki wypełni treść, która nada nowy sens naszej codzienności?
/ 07.12.2008 23:24
Luźne, niepoukładane myśli. Chaos, który dopiero po przelaniu na papier, wydaje się nie wymykać spod naszej kontroli. Czy jednak panując nad słowem odzyskujemy władzę nad życiem? Skąd możemy mieć pewność, że puste kartki wypełni treść, która nada nowy sens naszej codzienności?

Bohaterka „Białych zeszytów” próbuje, po śmierci męża, uporządkować rozsypany na kawałki świat. Koniec pewnego etapu jej życia staje się dla niej punktem wyjścia do osobistych rozważań. Kim jest dziś? Czego może oczekiwać od innych? Jaką drogą ma podążać, by żyć w zgodzie ze sobą? Czytając kolejne wpisy dziennika odnosimy wrażenie, iż przekraczamy granice cudzej intymności. Wkradamy się w sferę myśli autorki dziennika, które odarte są z upiększania, idealizowania, dopowiadania. Pozbawione nutek fałszu. Szczere, do bólu prawdziwe…„Białe zeszyty” – We-Dwoje recenzuje

Kim jest bohaterka? Osobą dojrzałą. Matką dwojga dzieci, która musi zmagać się z codziennym trudem macierzyństwa. Ale przede wszystkim, autorka pamiętnika jest kobietą, nie bojącą się mówić o własnych pragnieniach, potrzebach, marzeniach. Śmierć męża otwiera jej furtkę do lepszego poznania – siebie i świata, w jakim przyszło jej żyć. Już nie musi udawać. Bliska znajomość z Pawłem to kolejny, choć momentami bolesny, etap do zrozumienia, iż osiągnięcie stanu równowagi i harmonii to przede wszystkim praca nad sobą.
Emocjonalna huśtawka nastrojów jest drogą do wewnętrznej przemiany bohaterki. Niedomówienia. Czekanie. Tęsknota. Bliskość drugiego człowieka. Rozbicie. Nadzieja. Rozstania i powroty. Różne stany, złożone emocje - wachlarz przeżyć, dzięki któremu i my wszyscy czujemy ból i radość naszego istnienia.

„Białe zeszyty” to jednak coś więcej niż tylko zwykły dziennik kobiety, która wychodzi z depresji. „Ja na huśtawce nastrojów. Czasem bywam prawie spokojna i optymistyczna. Czasem dopada mnie paraliżujący lęk i poczucie – mimo wszystko – straszliwego osamotnienia” – pisze autorka. Sama zaś odnoszę wrażenie, iż komuś udało się wkraść w moje myśli, ubierając je jedynie w słowa. Dużo bowiem w tej książce mnie samej. Nie potrafię jednak tak nazywać uczuć jak Sonia Raduńska – nie dotarłam też do momentu, gdy odważyłabym się stanąć twarzą w twarz z samą sobą, bez nakładania upiększającej maski. Autorka dziennika nie boi się przyznawać, choćby przed sobą, do strachu, niepewności, cierpienia, smutku czy bezsilności. Stara się jednak żyć uważniej, dostrzegając piękno tego świata. Medytacja, listy pisane na papierze, rozmowy, spacery, taniec - bez pośpiechu, rozpychania się łokciami, walki o swoje prawa. Codzienność bogata w doznania, przeżycia, emocje - tak zwyczajna, tak nadzwyczajna.

Postrzępione myśli składają się na to liryczne, choć napisane prozą, wyznanie. Wśród nich dużo zdań, które chce się przyswoić, zagarnąć dla siebie, zapamiętać – „Białe zeszyty” to wszak książka z tych, do których się wraca. Otwiera na przypadkowo wybranej stronie, by przypomnieć sobie kolejną myśl. Ot, jak choćby zdanie: „Zbyt wiele słów używamy, zbyt wielkich. Można to porównać do uczucia przejedzenia (choć jadło się same specjały). Jednak niesmak i ciężko jakoś…”

Polecam!

Anna Curyło