POLECAMY

Naga prawda PLAYBOYA

Dlaczego okładka z piersiami na wierzchu takiej i takiej pani rozgrzewa całą Polskę i napędza koniunkturę znanej lub no-name’owej gwiazdce? To proste: bo rozebranie się przed tabunem ludzi w studio, a nie przed własnym mężem, się opłaca. Dosłownie.
Dlaczego okładka z piersiami na wierzchu takiej i takiej pani rozgrzewa całą Polskę i napędza koniunkturę znanej lub no-name’owej gwiazdce? To proste: bo rozebranie się przed tabunem ludzi w studio, a nie przed własnym mężem, się opłaca. Dosłownie.

Naga prawda PLAYBOYA
prywatka.blox.pl

Rozbierana sesja w „Playboyu” potwierdza, że perły naszego show-bizu są już uznanymi gwiazdami? Czy własna rozkładówka to jakiś kamień milowy w karierze? Odskocznia, kaprys, chęć dopieszczenia swej próżności czy poważne podsumowanie artystycznego dorobku, skoro już nie ma się nic do stracenia, a na pewno nie szacunek otoczenia? Motywacje kierujące kobietami, które pragną pokazać swoje wdzięki przed milionami Polaków, są różne. Efekty takiej sesji pozostają jednak takie same w każdym przypadku – to zwykła, czy raczej niezwykła, popularność i rozpoznawalność (nie tylko buzi), które są tak potrzebne dzisiaj gwiazdom do życia, jak nam, zwykłym zjadaczom chleba, tlen.

Fenomen playboyowych diw zastanawia mnie od dłuższego czasu. Nie mam nic przeciwko rozbieranym sesjom naszych aktorek, pogodynek czy piosenkarek, wręcz przeciwnie – niech się rozbierają, nareszcie jakieś bilboardy informujące o nowym numerze pisma rozświetlają szare ulice, choć w ekstremalnych sytuacjach mogą powodować wypadki. Ale oswajają ludzi z nagością, przełamują pruderię i są zwykłym elementem popularnej kultury, przed którą nie da się uciec. Nawet księża nie grzmią już z ambon, że to uprzedmiotowienie kobiet pokazywanie ich w takich pozach i bez niczego na sobie. Chyba przywykli. Tak samo jak my zresztą, choć trzeba przyznać, że kolejne „gorące” nazwiska na okładkach „Playboya” niezmiennie służą sprzedaży miesięcznika. I nieważne, że te same kobiety zasilają swoim ciałem rozkładówkę.

Naga prawda PLAYBOYA
img.vvo.pl

Ale co dają tak naprawdę kilkakrotne sesje tych samych gwiazdek? Rynek gwiazd nam się załamał, za mało mamy rozpoznawalnych twarzy, że redaktor naczelny co jakiś czas wybiera na okładkę te same nazwiska? To proste: kobiety „łapią” taką sesją zdjęciową najlepsze lata swego życia czy raczej ciała – próbują utrwalić się jeszcze wtedy, gdy czują się piękne, albo są pewne, że gdy graficy zabiorą się za obrabianie ich zdjęć w Photoshopie, to nie będzie taka ingerencja jeszcze bardzo widoczna. Mimo że mężczyznom podziwiającym ich wdzięki dosłownie zwisa to, jak bardzo ingerował w zdjęcie kursor myszki grafika – oni cieszą oczy tymi wypukłościami, jakie widzą na stronach. To jest zwykły sprawdzian dla gwiazd ich kobiecości, która przemija wraz z urodą. Przynajmniej według nich. Ale nie chodzi tylko o to.

Kobiety są próżne, jak mówi Marcin Meller, redaktor naczelny „Playboya” i zwyczajnie chcą za to, że pokażą się od najbardziej skrytej strony, pieniędzy. Wiedzą, że gdy on dzwoni, mogą swobodnie (choć na pewno jakaś granica jest postawiona) negocjować stawki za pokazanie ciała. To on przecież wybiera gwiazdy na rozkładówkę – muszą się jemu podobać. A skoro dzwoni, to tak łatwo nie odpuści i prędzej czy później pojawią się w studio fotograficznym i pokażą to, co chcą pokazać i za ile. A przekonać je, mówi Meller, nie jest czasem łatwo. Jak wyznał w „Dzień Dobry TVN”, zawsze, gdy na korytarzu w studio spotyka Magdę Mołek, proponuje jej delikatnie sesję. Ona odmawia, już tak od trzech lat, ale Meller się nie poddaje i próbuje dalej. Ale nie wszystkie gwiazdy są tak oporne: bywa, że same do niego dzwonią, gdy poczują, „że na nie już czas”. Jeśli redaktor naczelny „Playboya” jest taką propozycją zainteresowany, oddzwania. Jeśli nie, bo, jak już wyżej wspomniałam, jego gust ma najwięcej do powiedzenia w tej sprawie, czekają takie chętne i gotowe na wszystko na lepsze czasy. W każdym razie to ten Mellerowski gust dyktuje to, co się na okładce znajdzie i dlatego kilkakrotne sesje tej samej aktorki lub innej celebrytki nie dziwi. I nikomu, szczerze mówiąc, nie przeszkadza, a wręcz pomaga najbardziej gwiazdom, napędzając szum wokół nich.

Naga prawda PLAYBOYA
dziennik.pl

Czy więc takie obnażanie się przez gwiazdy
to nie jest przypadkiem wpuszczanie w swoją najintymniejszą sferę życia? Raczej nie, w końcu dzisiaj się pokazuje i sprzedaje różne rzeczy, a to molestowanie w dzieciństwie, a to śmierć kogoś bliskiego. Rozumiem, że każdemu włącza się rentgen, gdy taka Anna Mucha lub inna Klaudia Carlos siedzi zaproszona w jakimś studio podczas wywiadu i wszyscy widzą ją – mimo okładziny z ubrań – taką, jaką Pan Bóg stworzył lub poprawili panowie graficy podczas podrasowywania fotek z rozbieranej sesji. Ale dzisiaj to już jest codzienność, gołe ciało nie szokuje tak, jak wiele bardziej wstydliwych rzeczy, o których wspomniałam wyżej. Wychodzi więc na to, że sesja w „Playboyu” to jedna z najmniej ekshibicjonistycznych rzeczy, jakie mogą dzisiaj znane i lubiane zrobić. Kolejny element szeroko pojętej sławy i dumy z życiowego dorobku, także cielesnego. Nawet jeśli to jest powtórka z rozrywki, to i tak rozrywka, na której zawsze jest mile oko zawiesić.

Fot. do zajawki: plotek.pl

Magdalena Mania
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/9 lat temu
śliczna była ta sesja z anitą!!
/9 lat temu
Dla mnie nihil novi (chętkę na oglądanie cycusiów mieli ludzie zawsze), zmieniły się tylko narzędzia i dostępność. W tym sensie, że dawniej używano pędzla i farb, później były fotoplastikony, a dzisiaj - photo-shop. Niegdyś gołe baby wisiały na ścianach w płacach i domach możnych. Fotoplastikon też był bardziej elitarny niż dzisiejsze miesięczniki z cycatymi rozkładówkami. Nie da się zaprzeczyć, że - jak pisze Autorka - znaczącą rolę odegrały również przemiany obyczajowe. Artykuł ciekawy, zgrabny opis zjawiska. 5 ode mnie :)
/9 lat temu
Kobiety są próżne, jak mówi Marcin Meller, redaktor naczelny „Playboya”. Trafne w cholere.