Dzieci? Nie, dziękuję, wolę kota

Single to już nie „problem” naszego społeczeństwa, które cierpi na niski przyrost naturalny. O wiele więcej kontrowersji budzą pary, które w ogóle nie decydują się na posiadanie potomstwa.
/ 27.11.2009 08:05
Single to już nie „problem” naszego społeczeństwa, które cierpi na niski przyrost naturalny. O wiele więcej kontrowersji budzą pary, które w ogóle nie decydują się na posiadanie potomstwa.

I tutaj nie chodzi o bezpłodność tych ludzi – chodzi po prostu o ich świadomy wybór nie posiadania potomstwa. Zdecydowanie się na to, żeby skupić się na własnej karierze, na bezstresowym planowaniu wyjazdu na koniec świata, na brak zarwanych nocy i zmartwień spowodowanych odpowiedzialnością za tę małą istotę, której trzeba poświęcać przez wiele początkowych lat jego życia dużo uwagi. Więcej niż samemu sobie. To są ludzie, którzy mają poczucie, że chcą coś jeszcze zrobić. Że to, co aktualnie robią, sprawia im ogromną przyjemność i nie chcą tego przerywać. Zresztą – komu i z czego mają się tłumaczyć? I po co? Wolą przygarnąć kota lub psa. To ich decyzja, ludzi dorosłych i odpowiedzialnych. A właśnie brak tej ostatniej cechy zarzuca się bezdzietnym najczęściej.

Dzieci? Nie, dziękuję, wolę kota

Modna bezdzietność

Nie ukrywajmy, dzieci są czasem ciężarem – głównie finansowym, bo pompujemy w nie ogromne, idące w setki tysięcy złotych pieniądze: szkoła, zajęcia pozaszkolne, ubrania, jedzenie, kosmetyki, wycieczki. Dużo tego jak na jednego członka rodziny, na dodatek długo nie potrafiącego osiągnąć samodzielności w życiu i którego trzeba mieć na oku i prowadzić za rękę w wielu sprawach. Utracona „wolność”, jak mówią bezdzietni, to najwyższa wartość, z jakiej nie chcą rezygnować, dlatego decydują się na dzielenie życia tylko pomiędzy siebie i partnera oraz przyjaciół, którzy mają podobne podejście, podobne cele w życiu i podobną potrzebę wolnego czasu wtedy, gdy sobie go zapragną. Egoistyczne i wygodne? U niektórych obserwatorów takiego zachowania właśnie te określenia nasuwają się na myśl.

Bo w naszej kulturze utrwaliło się już przekonanie, że dzieci to samo szczęście. Potomstwo powoduje, że człowiek dojrzewa, zaczyna być mniej zapatrzony we własne potrzeby, ponieważ na świecie pojawił się bezbronny mały człowiek, z którym przez jakiś czas nie da się pogadać, ale którego trzeba przewijać, zabawiać i przede wszystkim uczyć. Nagle każdy wchodzi w buty własnych rodziców i stwierdza, że bycie ojcem czy matką to wcale nie taka łatwa sprawa. Ale przyjemna, gdy się widzi, że opieka nad dorastającym dzieckiem daje efekty, gdy maluch zaczyna przejawiać jakieś talenty lub inne cechy charakteru, które nam odpowiadają. Pomija się wtedy wszystkie nieprzespane noce i kolki – rekompensata w postaci pierwszego słowa przewyższa cały trud wychowania. Ale bezdzietnych z wyboru wcale taka wizja szczęścia nie pociąga, wręcz przeciwnie – odrzuca i to bardzo skutecznie.

Jabłoń, która nie rodzi, trzeba wyciąć
A co z wnukami? To pytanie teściów też „dobija” – jakby to była misja i powinność, by niedoszłym dziadkom zapewnić pełną szczebiotu malucha starość. Jakby nasze życie było od początku ułożone według jakiegoś schematu, powielanego od wielu lat przez wszystkie pokolenia: 0-15 lat – dzieciństwo właściwe, 15-25 lat – rozwój osobowości, rozpoczęcie kariery, 26-50 – małżeństwo, dom, dzieci, wychowanie, emerytura, 50 wzwyż – dziadkowanie. I do tego planu czy też misji jesteśmy tak przyzwyczajeni, że każde odstępstwo od niego jest traktowane jak dziwactwo. Dlatego decyzja bezdzietnych o braku potomstwa spotyka się często z ostracyzmem ze strony społeczeństwa, a już na pewno od strony rodziny. Jakby obowiązek płciowy, jak mówią bezdzietni, był wyznacznikiem człowieczeństwa, które trzeba przecież podtrzymywać, przekazując dalej swoje geny. A jak ktoś nie chce, to tak, jakby chciał wymordować nie tylko rodzinę (w domyśle: nazwisko), ale wszystkich rodaków. A oni nie chcą robić nic na siłę, nic wbrew sobie – bo w końcu mają własne zdanie i chcą robić ze swoim życiem to, co pragną.

Bezdzietni z wyboru

Na zagranicznej stronie childfree.net znaleźć można taki komunikat: Jesteśmy grupą dorosłych ludzi, którzy wyznają jedną zasadę – nie chcemy mieć dzieci. Jesteśmy lekarzami, szefami firm, nauczycielami – sam to nazwij. Nazywamy się jednak „wolnymi od dziećmi” (childfree) niż „nie mogącymi mieć dzieci” (childless), ponieważ to drugie określenie kojarzy się z tym, jakby dzieci nam brakowało, choć bardzo pragniemy je mieć – a wcale tak nie uważamy. Jesteśmy childfREE – czyli wolni od utracenia życiowej swobody, pieniędzy, czasu i energii, które pochłaniają właśnie dzieci.

Oni czują, że się do tego albo nie nadają, bo sami jeszcze nie dojrzali do opieki nad kimś kompletnie bezbronnym, lub mieli nieszczęśliwe dzieciństwo i boją się „powtórki z rozrywki”, albo nie mają na to czasu, ani – przede wszystkim – ochoty. Są dorośli i chcą kierować swoim życiem tak, jak tego pragną, bo mają cele, które chcą jeszcze zrealizować i nie być niczym ograniczeni. Ale czy są oni tak naprawdę dorośli, czy jednak niedojrzali do tego, by stać się za kogoś odpowiedzialnym? W końcu decydują się na pełną samowolkę w życiu – nikt ich nie blokuje, by udać się w podróż po całym świecie, która trwałaby nawet kilka miesięcy (a jak się przedłuży, bo się spodoba, to tym lepiej), nie muszą wracać do domu wcześniej, bo dziecku trzeba poczytać do snu. Nie ma frustracji wywołanej poczuciem bycia przykutym do czyjegoś życia, tak małego i drobnego, a jednak mającego siłę wywrócić życie dorosłego człowiek o 180 stopni. To tak, jakby uprawiali styl życia Piotrusia Pana – wiecznego chłopca, który nie chciał być dorosły i wciąż korzystał z bogactwa beztroskiego dziecięcego świata. I dużo bezdzietnych zdaje sobie z tego sprawę, dlatego często nie decydują się na „bezdzietny coming out”, cały czas kombinując, jak pogodzić swoje cele życiowe z ciągłymi pytaniami bliskich, kiedy na świecie pojawi się maluch.

Racjonaliści pełni wątpliwości
Pomija się jednak także problemy samych bezdzietnych, którzy łączą się w grupy przyjaciół żyjących właśnie według zasady wolności od dzieci. Na zagranicznych forach ludzi spod znaku childfree często porusza się temat straty przyjaciółki, która zaszła w ciążę i przestała być tym samym „jedną z nich”. Ludzie, w których życiu pojawiło się dziecko, zaczynają mieć inne priorytety, doświadczają czegoś nowego, czego przyjaźniący się dotąd z nimi człowiek childfree nie zrozumie. Taka przyjaźń, również przez to, że przyszły rodzic przestaje mieć czas na ciągłe imprezy lub wycieczki z przyjaciółmi, zaczyna zwyczajnie umierać i dla niektórych bezdzietnych jest to ciężkie przeżycie. Nie lubiąc dzieci swoich dotychczasowych przyjaciół, przestają być zapraszani do ich domu, kontakt zanika i wreszcie umiera. Dla nikogo taka strata bliskiej dotąd osoby nie jest przecież łatwa. Błahe? Skąd.

Kolejny problem – strach przed ciążą. To kobiety nie chcą przez dziewięć miesięcy przeżywać tych wszystkich zmian mechanizmów ciała, wyglądu sylwetki, humorów czy nawyków żywieniowych, które wiążą się z błogosławionym stanem, a już na pewno nie chcą przeżyć porodu – tego najbardziej bolesnego momentu całej ciąży, o którym słyszały od znajomych lub gwiazd („Totalna masakra!”, stwierdziła kiedyś o swoim porodzie sama Agnieszka Chylińska), zobaczyły na filmach lub po prostu same stworzyły swój obraz tego morderczego i krwistego momentu. A potem trzeba wrócić do dawnej figury i się nie udaje. Strach przed chorobą dziecka także obezwładnia. A w końcu instynkt macierzyński, który u każdej kobiety rodzi się z różnym nasileniem, a czasem wcale się nie pojawia – bo rodzicielstwo to wybór, nie powinność, w końcu jesteśmy gatunkiem rozumnym i potrafiącym kierować się w życiu nie tylko instynktem rozmnażania, a sam instynkt nawet pojawia się dopiero... po narodzinach dziecka.

Dlatego childfree decydują się na skupienie na własnych potrzebach, skutecznie odsuwając lęki związane z nową jakością życia (czy tez jej brakiem według niektórych childfree) na „świętego Nigdy”. Skoro czegoś nie ma, to po co się do tego zmuszać? Mają do tego prawo, gorzej jednak z akceptacją tego zachowania wśród innych ludzi.

Co by było, gdyby nas nie było?
Ale co potem? Samotność na starość? Partner w którymś momencie odejdzie, rodziców dawno już zabraknie, kto więc zostanie? Kto pomoże starszej, niedołężniejącej osobie? Dzieci przecież nie ma. Jeśli więc traktować potomstwo jak inwestycję w przyszłość, to trzeba przyznać, że jest ona jedną z najlepszych opcji „na starość” - jeśli czegoś po drodze się nie zepsuje w kwestii wychowania dziecka, to jego osobowość i charakter zaprocentuje w przyszłości. To dalekowzroczne, trochę ekonomiczne, ale i słuszne podejście dociera do niektórych childfree za późno.

Wspomniana wcześniej Chylińska, która mówiła o „masakrującym wpływie porodu”, teraz jednak stwierdza, że macierzyństwo to fantastyczna rzecz, która całkowicie – i na lepsze – zmieniła jej podejście do życia: dopóki na świecie nie pojawił się jej syn, jej życie było ciągłą libacją i ćpaniem, zabawą, która nagle musiała się skończyć, bo zalęgł się w niej jakiś „pasożyt”, który odciął ją od dotychczasowych używek. I przyznaje, że wyszło jej to na dobre, bo granica tego stylu życia mogła się pojawić na horyzoncie szybciej, niż mogła się spodziewać. Nagle pojawiło się dziecko, początkowo denerwujące ją i przerażające, ale dzisiaj docenia ten „szok dojrzałości”. Teraz mówi tylko o tym, że dziecko to najlepsze, co mogło ją w danym momencie życia spotkać, podobnie jak wiele innych kobiet.

Wszystkiemu więc są winne kulturowe przymusy i uwarunkowania? Pytania pracodawców, którzy na rozmowie o prace pytają kandydatkę, czy planuje mieć dzieci? Poczucie zobowiązania i wdzięczności dla wyczekujących wnuków rodziców? Może to kolejny przejaw ducha czasów, w których żyjemy i warto to zaakceptować. Bez piętnowania, a próbując zwyczajnie zrozumieć.

Więcej informacji o zjawisku childfree znajdziesz na stronie Bezdzieci.pl i Childfree.net.
Magdalena Mania