Wszyscy jesteśmy Chrystusami

To film bardzo bolesny, grzebiący w sprawie tak wstydliwej i oczywistej zarazem, jak polskie pijaństwo.
Krzysztofowi Zanussiemu wyrosła konkurencja. I to bynajmniej nie w postaci młodego adepta sztuki reżyserskiej odczuwającego moralny oraz duchowy niepokój, co w jego wieku jest rzeczą zwykłą. Zupełnie nowe oblicze chrześcijanina objawił nam oto Marek Koterski. Nie nakręcił jednak filmu o papieżu, bo to każdy głupi potrafi (co widać), tylko kolejną, siódmą już opowieść o sfrustrowanym, przegranym inteligencie Adasiu Miauczyńskim.

Tym razem jednak wieczna męka Adasia znalazła swoje odbicie i zarazem wyższe uzasadnienie w losie samego Chrystusa, i trzeba zaznaczyć, że ową paralelę pomiędzy upadłym człowiekiem a upadającym pod krzyżem Bogiem Koterski potraktował zupełnie serio, o jakieś milimetry omijając przy tym kicz i obciach. Cóż, w końcu mówimy o mistrzu kina ekstremalnego, balansującego na granicy przegięcia. „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” to jazda po bandzie: szatan galopuje na koniu przez blokowiska, odziany w odblaski Anioł Straż ratuje bohatera, syn Adasia wisi na krzyżu w przedpokoju. Michał Koterski, który gra „synusia”, nie ma aktorskiego doświadczenia, więc duka swoje kwestie, co paradoksalnie przydaje mu wiarygodności. Sztywność pasuje do sytuacji rodzinnego rachunku win, która ma tu miejsce. U Koterskiego zresztą synuś jest zbawicielem ojca pijaka, choć nieraz przez niego cierpiał: – Pamiętam tylko, że się bałem – wspomina swoje dzieciństwo.
Tak samo pamiętają swoje dzieciństwo tysiące Polaków z drżeniem czekających na „powrót taty”. „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” to film bardzo bolesny, grzebiący w sprawie tak wstydliwej i oczywistej zarazem, jak polskie pijaństwo: „przez matkę”, „przez komunę”, „przez pracę”. Jednak dla Koterskiego alkoholizm to dziedziczenie – głównie po mieczu – emocjonalnego znieczulenia i paniczna ucieczka od odpowiedzialności za własne życie. Skuteczny sposób na zabijanie kompleksów i lęku przed uczuciami.
Wpisanie historii pijaka w historię Boga mogło być prostą drogą do uwznioślenia alkoholizmu, na szczęście jednak Koterskiemu udaje się wymknąć z pułapki patosu – choć dzięki religijnej metaforze żałosna postać, jaką był dotąd Miauczyński, zyskuje tragiczny rys. Właściwie alkohol wcale nie jest tematem filmu, w końcu nałóg to tylko uboczny efekt emocjonalnego przetrącenia. W świetnym wykonaniu Andrzeja Chyry i doskonałym Marka Kondrata (grają Adasia w różnym wieku) bohater obnaża się jako bezradne dziecko, które nie posiadło umiejętności dorosłego życia i wciąż nie wie, jak brzmi odpowiedź na pytanie „to be, k..., or not to be?”*.
Twórca „Dnia świra” po raz kolejny udowodnił, że jest jedynym polskim reżyserem, który tak wnikliwie potrafi pokazać i zanalizować zasadniczy polski problem, jakim jest... nieumiejętność komunikowania się. Z innymi i z sobą samym. Począwszy od rodzinnego domu, w którym rozmowy zastępują mantry (słynne monologi filmowej matki o zupie pomidorowej), przez życie uczuciowe, po codzienne spotkania z ludźmi. Tu jest źródło agresji, frustracji i powszechnej nienawiści. Polak to tykająca bomba zegarowa. Tylko Koterski umie ją rozbroić – a jak się już do tego zabiera, to nie ma ch... we wsi!*.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, reż. Marek Koterski, Polska 2006, Vision, premiera 21 kwietnia
*gwiazdkami oznaczono cytaty z filmów Marka Koterskiego
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)