Tylko Johna żal

"Szklana pułapka 4.0" daje się obejrzeć bez bólu, ale daleko jej do poprzedniczek.
Tylko Johna żal

Na tle różnych okropieństw, które produkuje się w obrębie kina akcji, "Szklana pułapka 4.0" prezentuje się nie najgorzej. Ale żeby się nią zachwycić, trzeba by zapomnieć, że się widziało poprzednie części cyklu z niezłomnym Bruce’em Willisem w roli nowojorskiego policjanta Johna McClane’a. Nie jest to łatwe, jeśli w ogóle możliwe, bo pierwsza "Szklana pułapka" (rok 1988 – tak, to już niemal 20-latka) słusznie uchodzi za wybitne i nowatorskie osiągnięcie gatunku, a jej młodsze siostry (1990, 1995) niewiele jej ustępują.

"Szklane pułapki" to John McClane. A jaki jest John McClane, wszyscy wiedzą. To rasowy, oddany służbie glina o ciętym języku (sardoniczne riposty zawsze były mocną stroną "Pułapek"), z obowiązkowymi problemami rodzinnymi. Nie szuka kłopotów, ale los raz po raz każe mu przeciwstawiać się wyjątkowo perfidnym złoczyńcom. Najpierw w pojedynkę (część pierwsza i druga), potem z grającym drugie skrzypce partnerem. Żaden z niego Superman ani Steven Seagal, więc zbiera tęgie baty (to także flagowy motyw cyklu), ale się nie poddaje i ostatecznie zwycięża. Ot, dobry szeryf, marzenie wszystkich prześladowanych przez zło.

W kolejnych częściach wyzwania, którym stawiał czoło McClane, były coraz większe. Najpierw spory wieżowiec, potem stołeczne lotnisko, wreszcie calutki Nowy Jork. Ale się udawało. W "czwórce" się nie udaje, może dlatego, że tym razem idzie już o całe USA zagrożone hakerskim atakiem. Ale przede wszystkim dlatego, że scenarzyści, zamiast pogłówkować nad dialogami, postawili na fajerwerki. Może i miło popatrzeć, jak Willis unicestwia atakujący go myśliwiec (sic!), ale milej byłoby nie wysłuchiwać różnych drewnianych kwestii. Niestety, dobrych dialogów jest w filmie na 20 minut, a nie na dwie godziny z okładem. I całkiem sporo jest dialogów tak złych, że aż śmiesznych. Nie ma też McClane godnego przeciwnika, bo w porównaniu z takim choćby Simonem Gruberem (Jeremy Irons) z "Pułapki" numer 3 zły programista Thomas Gabriel (Timothy Olyphant) jest tylko niewiele bardziej demoniczny niż Miś Colargol, a w dodatku nie całkiem wiadomo, o co naprawdę mu chodzi.

Wreszcie, zdecydowanie nie udały się poboczne wątki filmu. W „Szklanych pułapkach” tradycyjnie pojawiały się różne sympatyczne mądrości, ale wcześniej owa pedagogika była i strawniejsza, i lepiej podana. Przypomnijmy, że w jedynce i dwójce szło o dwuznaczną rolę goniących za sensacją mediów. W trójce zaś silnie obecna była kwestia rasowa dzięki roli Zeusa (Samuel L. Jackson), który najchętniej trzymałby się od białych z daleka, a zmuszony jest wraz McClane’em ratować Nowy Jork. W filmie najnowszym Willisowi przydzielono młodego hakera, a płynąca z ich współpracy moralna nauka, sprzedawana zresztą nad wyraz topornie, sprowadza się do tego, by zapatrzonym w komputery młodziakom uświadomić, że sieciowe zabawy mogą wyrządzić realną krzywdę zwykłym ludziom. A także, rzecz jasna, przypomnieć o dzielnych, acz skromnych twardzielach, którzy pilnują porządku. Tyle że John McClane wysłuchujący peanów na temat własnego bohaterstwa nie jest już Johnem z Nakatomi Building w jedynce czy waszyngtońskiego lotniska w dwójce. Tamten McClane nie pozwoliłby prawić sobie komplementów, dzisiejszy wyrozumiale się uśmiecha. Żegnaj więc, dawny Johnie McClane. Przykro patrzeć, jak świat schodzi na psy.

Marcin Sendecki/ Przekrój

"Szklana pułapka 4.0", reż. Len Wiseman, USA 2007, 130’, Imperial Cinepix, premiera 6 lipca.

Fot. Imperial Cinepix

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)