Terminator. Część 1. kolekcji

Sama idea wojny człowieka z wytworami technologii, które wymknęły się spod kontroli i obróciły się przeciw swemu twórcy, jest stara jak świat. Twórca „Terminatora” jednak ten prosty scenariusz, w którym człowiek w końcu zwycięża, a ożywione stwory wracają na swoje miejsce, maksymalnie skomplikował.

Pierwszy film science fiction na podstawie powieści Juliusza Verne'a: „Podróż na księżyc” (Le Voyage dans la Lune) nakręcono w 1902 r. Dziś zabawny i skrajnie naiwny, miał w swoim czasie ogromną widownię. Być może za sto lat podobnie będzie się mówiło o „Terminatorze”, także utworze z gatunku sf, również niezwykle popularnym. Jak dotąd jednak, blisko ćwierć wieku od powstania, cieszy się on nieustannie opinią wybitnego dzieła, od którego zaczęła się w światowej kinematografii nowa epoka. Jego nowatorstwo zasadza się na zupełnie nowym potraktowaniu głównych bohaterów. Nie są oni dodatkami do techniki kosmicznej, jak to jeszcze było w pierwszym wielkim przeboju Georga Lucasa z lat 70. XX w. „Gwiezdne wojny”, ale pełnymi, wyrazistymi osobowościami, tyle że dysponującymi zapierającą dech technologią.

Pomysł na ten film wydawał się wręcz szaleńczy, choć sama idea była przejrzysta i prosta. Koncepcja wojny człowieka z wytworami nowatorskiej technologii, które wymknęły się spod kontroli i obróciły się przeciw swemu twórcy, sięga czasów szalonego doktora Frankensteina czy jeszcze starszej legendy – pochodzącej z epoki, gdy miejsce nauki i techniki zajmowała magia – o glinianym olbrzymie Golemie. Twórca „Terminatora” jednak ten prosty scenariusz, w którym człowiek w końcu zwycięża, a ożywione stwory wracają na swoje miejsce, maksymalnie skomplikował.
Konflikt stanowiący oś filmu umieścił w przyszłości, stawiając naprzeciw siebie całą ludzkość i zbuntowane roboty, które wyposażone w zdolność samodoskonalenia, postanowiły wyniszczyć ludzi i same zapanować nad światem. Wielka inteligencja w połączeniu z brakiem jakichkolwiek uczuć czyni z nich faworytów w tym starciu. Ludzie jednak nie są bez szans. Choć już nieliczni, działają w ukryciu i mając dostęp do najnowszej technologii, wzniecają bunt. Cyborgi jednak wpadają na niezwykły pomysł zlikwidowania oporu niedobitków. Nie mogąc dotrzeć do nich fizycznie, postanawiają wysłać w przeszłość, do roku 1984, swojego funkcjonariusza. Jedynym zadaniem owego specjalnego wysłannika, nazywanego Terminatorem, będzie zabicie zwyczajnej mieszkanki Los Angeles Sarah Connor, wskutek czego jej syn John, przywódca buntu z 2029 roku, nigdy by się nie narodził.



Bezwzględny, nieczuły, niemal niezniszczalny Terminator wykonałby swoją misję bez przeszkód (jego program był prosty: iść do przodu i zabijać każdą osobę o nazwisku Sarah Connor), gdyby ludzie jego śladem nie wysłali swojego żołnierza imieniem Kyle, który ma pokrzyżować te plany, czyli sprawić, że John Connor jednak przyjdzie na świat. Wszystko byłoby w miarę proste, gdyby scenarzysta nie dodał, że to właśnie Kyle Reese, wysłannik z przyszłości, który już nie wróci do swojego świata, będzie ojcem Johna...

James Cameron, który tę łamigłówkę wymyślił i zrealizował w filmie, dokonał jeszcze jednego wybiegu, umieszczając akcję futurystycznego filmu science fiction w czasach jak najbardziej współczesnych. Przyszłość – skomplikowana i kosztowna do pokazania (drogie kostiumy, efekty specjalne, rozbudowane scenografie) – mogła dzięki temu pozostać w filmie ledwie wzmianką, potraktowana symbolicznie, m.in. poprzez pokazanie stosów ludzkich czaszek. Teraźniejszość zaś, jako miejsce akcji, była dla reżysera na wyciągnięcie ręki, niemal za darmo, wystarczyło wyjść na ulicę.

W takiej właśnie scenerii – współczesnego nocnego Los Angeles, miasta, o którym można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest zwyczajne, rozpoczyna się właściwa, rozgrywająca się w trójkącie Terminator–Sarah–Kyle akcja filmu. Widz z początku XXI w., zwłaszcza młody, tę współczesność musi potraktować dość umownie, Terminator bowiem pojawia się w Mieście Aniołów w roku 1984, kiedy istniały już pierwsze słabiutkie – z dzisiejszej perspektywy – komputery osobiste, ale nie było na przykład telefonii komórkowej, ważną więc rolę będą pełniły w filmie budki telefoniczne. Niewielkiej mocy komputery nie pozwalały jeszcze na nadzwyczajne efekty specjalne, dzisiaj rzecz w kinie powszechną, toteż wszystko, co niezwykłe w tym filmie, musiało być kombinowane metodami półchałupniczymi.

Kyle Reese, a przed nim Terminator, pojawiają się w nocnym Los Angeles nadzy, można powiedzieć: jakimi ich Bóg i człowiek stworzyli. Przeskakując z jednego świata do drugiego, muszą zostawić za sobą wszystko, co ich „zdobiło” i na nowo zbudować swoją relację z teraźniejszością. Już od pierwszych scen widać wyraźnie przepaść dzielącą człowieka od jego dzieła. Terminator, z ludzkiego punktu widzenia zły do rdzenia swych metalowych dźwigni, wykonujący bezrefleksyjnie wczytany program, traktujący ludzi tak, jak ludzie traktują maszyny: jak narzędzia do osiągnięcia celu lub jak przeszkody do usunięcia z drogi, budzi u widzów strach i fascynację. Fascynuje pełną, niczym nieograniczoną wolnością, ignorowaniem jakichkolwiek nakazów, zakazów, norm i konstytucji.

Kyle Reese z kolei, w pełni ludzki, dla którego istnieją wartości i uczucia, i to one napędzają go do działania, wyzwala u widza zwykłą międzyludzką solidarność, zwłaszcza gdy podejmuje nierówną walkę ze złem wcielonym, próbując jednocześnie chronić nieświadomą i nierozumiejącą grożącego jej niebezpieczeństwa Sarah. Dla androida nowy świat jest po prostu nowym obszarem działania, nie musi go rozumieć, sam zresztą też nie jest rozumiany. Jego przeciwnik, który chce go zniszczyć, przyjmuje inną perspektywę: rozumie związek między teraźniejszością a przyszłością (zaś z jego punktu widzenia między przeszłością a teraźniejszością) i wagę swej misji. Mamy tu więc w jednym i utwór science fiction w stylu filmu akcji, i trzymający w napięciu techno-thriller, i wreszcie schemat filmu drogi z tragicznym, a zarazem optymistycznym w wymowie finałem.

Takich filmów przed „Terminatorem” nie kręcono. Były oczywiście filmy fantastyczno-naukowe i thrillery, i filmy drogi, nikt ich jednak dotąd nie połączył w jedno, osiągając tak znakomity efekt, wykraczający poza schemat każdego z tych gatunków. Dlatego po latach, a zwłaszcza po licznych sukcesach naśladowców tej estetyki, do pierwszego wielkiego filmu w 1984 r. mało komu znanego Camerona, dziś obsypywanej nagrodami gwiazdy światowego kina, przylgnęła opinia „przełomowego dzieła”, „kamienia milowego w rozwoju kina”, „fundamentu nowego gatunku” itp. I jeżeli nawet współczesnego widza rażą niedoskonałości techniczne w tym obrazie, a nawet wcale nierzadkie błędy, chętnie ogląda „Terminatora” po raz n-ty, pamiętając, że film powstawał w warunkach niemal garażowych, za naprawdę, jak na Hollywood, niewielkie pieniądze.


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)