Spadkobiercy - recenzja

Ten film zachwyca tak samo, jak zachwyciła książka, która stanowiła podstawę do filmu. To niezmiernie ciepła, pełna uczuć opowieść o prawdziwych wartościach w życiu oraz o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby pewne rzeczy naprawić. Nie ma mocnych na George’a Clooney’a. W lutym odbierze swojego drugiego aktorskiego Oscara.
/ 06.02.2012 06:47

Ten film zachwyca tak samo, jak zachwyciła książka, która stanowiła podstawę do filmu. To niezmiernie ciepła, pełna uczuć opowieść o prawdziwych wartościach w życiu oraz o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby pewne rzeczy naprawić. Nie ma mocnych na George’a Clooney’a. W lutym odbierze swojego drugiego aktorskiego Oscara.

Chociażby dlatego, że to najprawdopodobniej jego najlepsza rola w karierze, inna, bo przecież daleka od ikony lekarza, żołnierza, czy po prostu czarującego, uwodzącego mężczyzny. Matt King jest mężem i ojcem, chociaż niespecjalnie interesuje się swoją rodziną, na pierwszym planie stawiając własną kancelarię adwokacką. To wszystko musi się jednak zmienić, kiedy jego żona wypada z jadącej motorówki, w wyniku czego zapada w śpiączkę. Z dnia na dzień, Matt musi stać się pełnoetatowym, jedynym rodzicem dla swoich dwóch córek: dziesięcioletniej Scottie i siedemnastoletniej Alex. Tylko czy w ciągu dni można nadrobić kilkanaście lat?

Spadkobiercy - recenzja

Siła tego filmu tkwi w jego prawdziwości. Tak jak zachwycała książka, zachwyca film, świeży, zwyczajny, codzienny, przepięknie opowiedziany. To nie jest żadna wydumana opowieść o czymś, co mogłoby się zdarzyć. To prawdziwa historia tysięcy, setek tysięcy rodzin, które na co dzień gonią za tym, co wcale nie jest ważne, zostawiając te wartości, które są nadrzędne w życiu. Matt King dostaje od życia przyspieszoną lekcję odpowiedzialności. Musi wejść w rolę, od której uciekał całe życie. Brzmi znajomo? Pewnie wielu mężczyzn odnajdzie tutaj swoją historię, kilku możewyciągnie wnioski z opowieści Payne’a. Nie obejdzie się bez błędów, bez porażek. Ale cel może być tylko jeden. Tylko czy każdy go zrozumie?

Nie byłoby tego filmu, gdyby nie aktorzy. Clooney dostał rolę swojego życia – tak dobry, tak wiarygodny po prostu jeszcze nie był. Jeśli dostanie Oscara, będzie to całkiem zasłużenie. Jeśli nie, to będzie strata. Nie tylko jednak Clooney zasługuje tutaj na pochwały, ale także towarzyszące mu dwie młodziutkie aktorki: Shailene Woodley i  Amara Miller grające w filmie jego córki. Jak to dobrze, że Hollywood umie wyszukiwać jeszcze nieopatrzone twarze, które są genialne w swoim fachu i wzruszają nas widzów. Wielkie brawa.

Wielkie brawa także dla reżysera, który w Hollywood opowiedział historię całkiem zwyczajną i właśnie dlatego tak bardzo wyjątkową. To opowieść o ludziach, o rodzinie, o tym, że warto jest rozważnie podejmować decyzje, bo drugiej szansy możemy już nie mieć. Nikt tutaj nie kombinuje, nikt nie oszukuje, nikt nie udaje tego kim nie jest. W magicznej scenerii Hawajów rozgrywa się całkiem zwykła, a jednak bardzo wyjątkowa historia. Przepiękna, wzruszająca, wyjątkowa. Szykuje się Oscar za najlepszy film. Ale każda kolejna nagroda to dla tego filmu jedna nagroda za mało. Będziecie się tutaj śmiać, będziecie płakać, z kina wyjdziecie autentycznie poruszeni. Słowo honoru.

Fot. Filmweb