Ostatni król Szkocji

Film Kevina MacDonalda pozbawia nas złudzeń, że Afryka to doskonałe miejsce na życiowe safari.
/ 09.02.2007 12:49
Wiele wskazuje na to, że Forest Whitaker opuści w tym roku ceremonię rozdania Oscarów ze statuetką pod pachą. Jego kreacja dyktatora Ugandy Idi Amina to nie tylko niekwestionowany walor filmu Kevina MacDonalda (znanego dotąd jako dokumentalista, autor między innymi „Czekając na Joe”), lecz także jedna z tych efektownych, „większych niż życie” ról, które hollywoodzcy akademicy lubią najbardziej.

Amin był postacią fascynującą i odrażającą jednocześnie. Chłopski syn, mistrz Ugandy w boksie, oficer armii brytyjskiej dokonał w 1971 roku udanego zamachu stanu. Uwiódł naród obietnicą gruntownych reform, a serca Zachodu podbił barwną osobowością. Zachwyt zaczął się zmieniać w przerażenie, gdy pojawiły się wieści o zbrodniach, jakich dopuszcza się dyktator. W ciągu ośmiu lat swoich rządów pozbawił życia setki tysięcy prawdziwych i domniemanych przeciwników politycznych, wypędził z kraju 50 tysięcy Azjatów (chciał zrobić z Ugandy „ojczyznę Czarnych”), napadał na sąsiednie państwa. Podejrzewa się go nawet o kanibalizm.
Amin Whitakera to dziecko i monstrum w jednym wielkim cielsku. Władca czarujący, rubaszny, a po chwili podstępny i bezwzględny. Kumpel i kat zarazem. Ale wbrew pozorom to nie Amin jest głównym bohaterem filmu. Ugandę lat 70. XX wieku oglądamy oczami fikcyjnej postaci młodego szkockiego doktora Nicholasa Garrigana (James McAvoy), którego mierzi perspektywa spędzenia reszty życia na leczeniu dolegliwości swoich rodaków. Błądząc palcem po globusie, trafia na Ugandę, jedzie więc tam w nadziei przeżycia wielu ekscytujących przygód i zaliczenia jak największej liczby miejscowych kobiet. Przypadek styka go z dyktatorem, który proponuje mu posadę osobistego lekarza. Powodem są nie tyle umiejętności bohatera, ile jego pochodzenie. Amin bowiem uwielbia Szkotów, gdyż przecież tak samo jak on nienawidzą Brytyjczyków.
„Ostatni król Szkocji” jest więc kolejnym filmem, który pokazuje Afrykę z perspektywy białego człowieka. Inaczej chyba się nie da, jeśli założymy, że kino powinno spełniać funkcję uświadamiającą. Skoro syci mieszkańcy Zachodu mają wspomóc Czarny Kontynent w walce z biedą i chaosem, trzeba jego problemy przełożyć na zrozumiały dla nich język. Twórcy filmu ogrywają zresztą ową białą ignorancję. Garrigan jest głupcem, który Afrykę traktuje jako miejsce ekscytującego życiowego safari. Nie próbuje zrozumieć tamtejszej specyfiki, czuje się bezkarny i nietykalny. Szybko więc sprowadza na siebie i innych nieszczęście.
Takie ustawienie głównego bohatera niesie też negatywne konsekwencje. Mimo wszystko głupcowi trudno współczuć i trudno się z nim utożsamić. Gdy jednak odłożymy na bok swoją kulturową i rasową dumę, okaże się, że nic nie jesteśmy od niego lepsi i mądrzejsi. Zasłużyliśmy na nauczkę, jaką dał nam Amin.

Bartosz Żurawiecki/ Przekrój

„Ostatni król Szkocji”, reż. Kevin MacDonald, Wlk. Brytania/Niemcy 2006, 123 min, CinePix, premiera 9 lutego




SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)