Miłość na sprzedaż

Miłość na sprzedaż

Już za kilka miesięcy setki tysięcy Polaków będą się śmiać i łkać na kolejnych nadwiślańskich komediach romantycznych. Nie łudźmy się jednak, że nagły boom na ten gatunek wziął się z troski o widza i miłości do kina. Chodzi głównie o miłość do pieniędzy.
/ 17.09.2007 10:52
Miłość na sprzedaż
Właśnie ruszyły (lub za chwilę ruszą) zdjęcia do pięciu nowych filmów romantycznych, które do kin wejdą zimą lub wczesną wiosną. Piotr Wereśniak reżyseruje "Nie kłam, kochanie", według scenariusza niezawodnej Ilony Łepkowskiej, Mariusz Malec zajął się projektem o znamiennym tytule "Jeszcze raz" (i tu autorką pomysłu jest Łepkowska), a Łukasz Karwowski szykuje polsko-amerykańską koprodukcję "Expecting Love".

Poza tym czekają nas jeszcze "Rozmowy nocą" Macieja Żaka i "Miłość na wybiegu" Krzysztofa Langa. Producent tego ostatniego – Cezary Kruk z agencji Media Plus – zastrzega zresztą, żeby nie nazywać filmu "komedią romantyczną", ponieważ byłoby to uproszczeniem. – To po prostu pierwszy w Polsce film o miłości w świecie mody z wątkami komediowymi – wyjaśnia.

Pojedynek w Walentynki
Również Ewa Lipińska ze SPI przekonuje, że finansowane przez firmę "Rozmowy nocą" udowodnią widzom i recenzentom, że komedia romantyczna wcale nie musi być głupia. Zapewnia, że mają w ręku naprawdę dobry tekst autorstwa Karoliny Szymczyk. – Nasz scenariusz dostał prestiżową nagrodę Hartley-Merrill Prize, ma świetnie napisane dialogi i nietuzinkowych bohaterów – utrzymuje Lipińska.
Nic dziwnego, że producenci za wszelką cenę chcą się odróżniać. W końcu w okresie okołowalentynkowym – a wszyscy z premierami celują mniej więcej w ten moment – dojdzie do emocjonującego ekranowego pojedynku, jakiego jeszcze nie było. O tę samą widownię będzie walczyło aż pięć wspomnianych tytułów, a do tego dojdą jeszcze inne rodzime komercyjne hity, choćby kontynuacja "Testosteronu", czyli "Lejdis" Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza. Kto wygra? Chyba jednak nie ten, kto będzie miał najbłyskotliwszy pomysł i najświetniejszy scenariusz. Przykład "Dlaczego nie!" pokazuje, że nawet brak scenariusza (w każdym razie nikt nie chciał się przyznać do jego autorstwa) nie jest żadną przeszkodą w zdobyciu przeszło milionowej widowni. O sukcesie w o wiele większym stopniu decyduje skuteczna promocja. Najlepiej w telewizji.
Wystarczy spojrzeć na wyniki oglądalności, żeby przekonać się, jaką marketingową potęgą dysponują medialne grupy. Najwięcej widzów miały bowiem "Nigdy w życiu!" i "Tylko mnie kochaj", współprodukowane przez TVN, część holdingu ITI dysponującego nie tylko własną telewizją z odrębnymi kanałami tematycznymi oraz firmą dystrybucyjną, ale także siecią kin i portalem internetowym. Zmasowana promocja pozwoliła pobić konkurencję o dobre pół miliona widzów. Skuteczność gigantycznej machiny reklamowej została zresztą potwierdzona przez sukcesy innych tytułów koncernu: "Testosteronu" (przeszło 1,3 miliona widzów) i sensacyjnego "Świadka koronnego", zgodnie zmieszanego z błotem przez wszystkich recenzentów i – ku zdumieniu środowiska – obejrzanego przez niemal milionową widownię.
Wsparcie medialnego koncernu pozwala zaoszczędzić- gigantyczne pieniądze na promocji (mówi się, że często chodzi o równowartość budżetu filmu, czyli w przypadku komedii romantycznych o blisko trzy–cztery miliony złotych), a więc zminimalizować koszty i zmaksymalizować zyski. Ale nie tylko.

Robimy to raz w roku
– Naszym największym atutem jest świadomość tego, czego oczekują widzowie – tłumaczy Dariusz Gąsiorowski, dyrektor działu fabularnego TVN (wypracowana przez 10 lat obecności stacji na rynku). – Tak się szczęśliwie składa, że TVN ma widownię młodą i miejską, czyli dokładnie tę grupę, która stanowi trzon widowni kinowej. Obserwujemy codziennie badania oglądalności. Czerpaną z nich wiedzę możemy wykorzystywać w produkcjach fabularnych, bo choć kino i telewizja to dwie różne dziedziny, to nadal niezwykle ważna jest wiedza na temat widza – opowiada Gąsiorowski.
Stacja już planuje krok w przyszłość. Idąc śladem Amerykanów, stawia na kino gatunków. – Chcemy, by równolegle do filmów wielkich i cenionych autorów funkcjonowało na polskim rynku kino producenckie, mainstreamowe, które nigdy nie będzie abstrahowało od widza – wyjaśnia Dariusz Gąsiorowski. TVN ma sztywno zdefiniowane cele: 5 premier rocznie, minimalna widownia – 500 tysięcy. Ale ten dolny próg dopuszczalny jest tylko w przypadku filmów "eksperymentalnych" (których stacja nie wyklucza). Kino gatunków – w planach są już: komedia z elementami filmu tanecznego, dwa filmy wojenne – historyczny o powstaniu warszawskim i współczesny o Afganistanie, horror oraz film dziecięcy – ma mieć dużo większą publiczność.
Producenci "Rozmów nocą" znaleźli partnera w innej medialnej potędze – Polsacie. – Stacja zastanawiała się tylko tydzień – opowiada Ewa Lipińska. Jeśli jednak Polsat będzie chciał stać się kolejnym dużym producentem masowego kina, będzie się musiał naprawdę postarać, bo kiedy nowi gracze na polu romantycznych produkcji będą w lutym 2008 roku nerwowo gryźć palce, zastanawiając się, czy któraś z pięciu walentynkowych rewelacji zrobi klapę, dział fabularny TVN będzie już najpewniej promował mainstreamowy hit z zupełnie innej beczki (na 2008 rok stacja planuje trzy premiery). – W Polsce widz chodzi do kina 0,7 raza w roku. W malutkiej Danii – pięć razy częściej. Naszym marzeniem jest wypracowanie takiego standardu – mówi z zapałem Gąsiorowski.

Serializacja kina
Telewizja już właściwie wypracowała w kinie nowe standardy, które złośliwcy nazywają "serializacją" kina, co oznacza marne scenariusze, kolorowe obrazki próbujące łatać fabularne dziury i oczywiście dobór odtwórców głównych ról.
W nowych komediach romantycznych zobaczymy więc przeważnie twarze znane z seriali i oczywiście innych komedii romantycznych. Niewielu decyduje się obsadzać w rolach aktorów jeszcze nieopatrzonych, jak uczynili to producenci "Dlaczego nie!" (Anna Cieślak) czy "Miłości na wybiegu" (Karolina Gorczyca). Ci mniej znani zarobią oczywiście mniej niż gwiazdy. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, stawki za dzień zdjęciowy wynoszą dziś od 2 do 12 tysięcy złotych, przy czym te najwyższe zarezerwowane są dla aktorów pokroju Janusza Gajosa, którego jeszcze w komedii romantycznej nikt nie widział. Młodzi, acz znani aktorzy mogą podobno liczyć na 5–6 tysięcy złotych za dzień pracy.
Gdy angażuje się debiutantów, trzeba wziąć pod uwagę dodatkowe wydatki na promocję. Częściej niż na konkretny film chodzi się przecież do kina na gwiazdy, które kreowane są dziś nie przez wielkie role, lecz ogromne billboardy lub "Taniec z gwiazdami".
– Tadeusz Lampka od początku zapowiadał, że to będzie ciężka praca – tłumaczy Anna Cieślak. Po 24 dniach zdjęciowych aktorkę rozpoznawaną dotąd głównie przez bywalców krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego i widownię niszowego "Masz na imię Justine" czekało jeszcze pół roku promocji. Nie ukrywa, że było to ciężkie zadanie. – Miałam wrażenie, że staję się klepiącą to samo maszynką. Bo ile razy można opowiadać o roli i przygodach na planie! – mówi aktorka. Wzbrania się jednak przyznać, że poświęcała się głównie dla gaży i popularności. – To było wyzwanie – tłumaczy Cieślak. – Jedna z moich najtrudniejszych ról. Dzięki niej zaczęłam grać Różewicza, Szekspira i Czechowa z większym wyciszeniem i skupieniem – kontynuuje.
Jej kolega po fachu Marcin Bosak ma do swej roli nieco inny stosunek. – Do wystąpienia w "Tylko mnie kochaj" skusiła mnie Agnieszka Grochowska – tłumaczy. – Podkreślam: wystąpienia, a nie zagrania, bo tam nic do zagrania nie było. Pojawiłem się na ekranie. Nie wiem, z jakim efektem, bo filmu nie obejrzałem – dodaje.
– Fakty są takie: w "Masz na imię Justine" doceniono właściwie wszystko, od zdjęć po kreacje aktorskie, po czym film był na ekranach dwa tygodnie, a ja przez dwa lata nie miałam żadnych propozycji. Pamiętali mnie z tej dramatycznej roli i nie widzieli w niczym innym – opowiada Anna Cieślak.
Obawa przed zaszufladkowaniem w roli ambitnej jest więc większa niż przed zaszufladkowaniem w roli banalnej. – Czy taka rola się przylepia? Na jakiś czas tak, ale nowe gwiazdki pojawiają się w tak zawrotnym tempie, że ludzie skupiają się na nich – tłumaczy Bosak. Od momentu, gdy przestał wcielać się w Kamila z "M jak miłość", do chwili, kiedy pojawiły się kolejne propozycje filmowe (i teatralne, Bosak gra w Teatrze Dramatycznym w Warszawie), minęło mniej niż dwa miesiące.

Turecki wkład
Producenci nie tylko najchętniej sięgają po rozpoznawalnych aktorów, ale także po reżyserów, i są to przede wszystkim reżyserzy serialowi. Nawet jeśli mają na swoim koncie fabuły (jak Wereśniak, Malec czy Żak), to od dawna pracują już tylko w telewizji.
Stawki reżyserskie przy komediach romantycznych wynoszą – to znów nieoficjalne informacje – kilkadziesiąt tysięcy złotych za film. Wzięty reżyser, który jest jednocześnie współtwórcą scenariusza, może ponoć liczyć na sporo więcej.
Producenci muszą się jednak nachodzić za pieniędzmi. Choć wszyscy zgodnie przyznają, że sukcesy pierwszych romantycznych komedii sprawiły, że dziś o wiele łatwiej rozmawia się ze sponsorami czy koproducentami niż jeszcze kilka lat temu. Jeśli dodamy do tego, że reklamodawcy gwałtownie poszukują nowych sposobów dotarcia do klientów, staje się jasne, że komercyjny film jest doskonałym nośnikiem product placementu, czyli ukrytej reklamy. Twórcy komedii romantycznych bardzo chętnie chwytają się tego sposobu pozyskania środków. – Każdy radzi sobie, jak może, zdobywa pieniądze na wszelkie sposoby – mówi Cezary Kruk. – Wszystko zależy od operatywności producenta.
I nie zawsze chodzi o to, by nachalnie wpychać marki do filmu (jak to się odbywało w przypadku "Ja wam pokażę!"). Czasem dzięki umowom z firmami można dostać kostiumy, czasem nakręcić za darmo zdjęcia w eleganckim wieżowcu, mieć do dyspozycji samochody, telefony albo oszczędzić na scenografii dzięki wypożyczonym od producenta meblom. Często chodzi o wsparcie promocyjne. Produkcją filmowych hitów interesują się firmy, które dotąd nie miały nic wspólnego z kinem, takie jak ATM Grupa ("Dlaczego nie!") specjalizująca się w serialach czy teleturniejach, albo Jawa Media ("Ja wam pokażę!") na co dzień zajmująca się reklamą i właśnie product placementem.
Jeden z producentów wymienionych tu filmów pozyskał środki nawet od tureckiego urzędu zajmującego się promocją kraju – wystarczyło, że część zdjęć rozgrywa się właśnie w Turcji. Tamtejsi urzędnicy uznali, że to świetny sposób na wypromowanie kraju, zwłaszcza że film pojawi się w kinach wczesną wiosną, kiedy Polacy planują urlopy.
Taka niespodziewana aktywność nowych graczy świadczy o tym, że komedie romantyczne to świetny biznes (producenci mogą liczyć – podobno, gdyż takie dane są poufne – na zyski rzędu miliona złotych). Pytanie tylko, czy tej zimy rynek się nie przegrzeje.

Krótkie życie komedii
– Komedie romantyczne powielają schematy telenowel, które akurat są w modzie. Gdy te się przejedzą, a pewnie niebawem to nastąpi, stracą popularność. W odróżnieniu od kina autorskiego, dotykającego rzeczywistych, a nie wyimaginowanych problemów, nie mają one drugiego życia: festiwalowego. Nie funkcjonują też w obiegu międzynarodowym. Żaden obcy kraj nie kupi przecież takiego filmu, bo ma własne produkcje rozrywkowe na wyższym poziomie – tłumaczy Robert Gliński, reżyser głośnego "Cześć, Tereska".
Wzorem tak zatroskanych o widzów producentów na koniec oddamy głos jednemu z nich, który informację (zamieszczoną w portalu Onet.pl): "Powstaje nowa polska komedia romantyczna", skomentował krótko: "Tylko nie to!" (swoją drogą – czy to nie kapitalny tytuł dla kolejnej romantyczno-komediowej produkcji?). Pozostaje życzyć, by z innymi podróbkami amerykańskiego kina popularnego poszło naszym producentom lepiej niż z romansami. W chwili wolnej od kalkulowania, pozyskiwania sponsorów i planowania strategii zalecamy twórcom skupienie się na samym filmie, bo na razie to on w całym tym biznesie jest najbiedniejszy.

Karolina Pasternak, Małgorzata Sadowska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)