Maria Antonina

Kirsten Dunst w roli królowej Francji konsekwentnie przyjmuje pozę trzpiotki, rzuca się wszystkim na szyję i wita nonszalanckim „hello”.
Miał być film zgoła rewolucyjny, a wyszła pseudoawangardowa hollywoodzka sztampa. Zapowiadano brawurową opowieść o Marii Antoninie, a skończyło się na historii pannicy przypominającej współczesną nastolatkę, która w świecie arystokracji i polityki czuje się zwyczajnie zagubiona i samotna.

Właściwie nie ma w tym nic zaskakującego (obraz wyprodukowała Columbia i ukłon w stronę nastoletniego targetu jest tu widoczny). Poza jednym: film podpisała Sofia Coppola, ta sama, którą po znakomitym „Między słowami” niemal noszono na rękach.
Filmowa Maria Antonina intelektem nie grzeszy, zamiast słuchać o Poniatowskim i politycznych zawirowaniach w Polsce, woli przymierzać ubrania, ale przecież nietrudno ją zrozumieć – 14-letniej dziewczynie nie tylko kazano poślubić oziębłego Ludwika XVI, ale też rozstać się z ukochanym pieskiem. Kirsten Dunst w roli królowej Francji konsekwentnie przyjmuje pozę trzpiotki, która nie rozumie języka rytuałów, rzuca się wszystkim na szyję i wita nonszalanckim „hello”. Co nie znaczy, że dworskie życie, wystawne uczty, polowania, śniadania na trawie i wizyty w operze ma w pogardzie: swoją niezależność demonstruje jednak głównie w brawurowych zachwytach nad nowymi częściami garderoby. Problemem fundamentalnym okazuje się królewskie łoże, bo małżeńskich obowiązków Ludwik XVI spełniać nie chce (lub nie może), a na czułości żony (jak na jej spontaniczną naturę zresztą dość oszczędne) odpowiada zdawkowym: „Masz nogi zimne jak lód!”. I choć wszyscy – włącznie z matką graną przez Marianne Faithfull – myślą głównie o grożącym politycznymi konsekwencjami braku potomstwa, Maria Antonina jest nie tylko niespełnioną matką, ale też sfrustrowaną seksualnie kobietą.
Nie dość, niestety, że Coppola wybrała złą metodę obrony młodziutkiej królowej (dlaczego mamy współczuć bohaterce zachowującej się często jak kretynka?), to jeszcze infantylizmem i naiwnością Marii Antoniny zaraziła cały film. Zbyt wiele tu scen skonstruowanych jakby od niechcenia, zbyt przypadkowe często wydają się dialogi (w Wersalu rozmawia się oczywiście po angielsku...). Reżyserka chce jednocześnie mówić serio i mrugać okiem do widza, jako muzyczne tło wybiera menuet Rameau, a za chwilę piosenki The Cure i Bow Wow Wow. Czyżby chodziło o parodię dzisiejszych salonów, tych z pierwszych stron kolorowych gazet, i kpinę z nadmiernego celebrowania osób uznanych pospiesznie za wyjątkowe?
Nie sądzę, bo więcej w tym przypadku niż przemyślanego planu. Cały ten film sprawia zresztą wrażenie, jakby wymknął się reżyserce spod kontroli – wyziera z niego powierzchowność, banał i nieznośna dosłowność. Między słowami, niestety, nie ma nic.

Paweł T. Felis/ Przekrój

„Maria Antonina”, reż. Sofia Coppola, USA/Francja/Japonia 2006, UIP, premiera 5 stycznia
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
mimo wsszystko warto obejrzec