Kto inny pokaże to ludziom?

O tym, dlaczego przeniósł swój festiwal do Wrocławia i co zmienia się dziś na filmowym horyzoncie, opowiada twórca Ery Nowych Horyzontów Roman Gutek
Wybieram filmy, które wchodzą mi pod skórę, siedzą w głowie, poruszają, walą po oczach, które są świeże – cokolwiek to znaczy. Kino, które sprawia, że totalnie się wyłączam, wchodzę w intymną relację z obrazem, może nawet trochę odlatuję - posłuchajmy co największym festiwalu filmowym w Polsce Era Nowe Horyzonty mówi jego twórca Roman Gutek.

„Przekrój”: Spotykamy się tuż przed rozpoczęciem festiwalu, który po raz pierwszy odbywa się we Wrocławiu. Jest pan pełen euforii czy raczej niepokoju o to, czy nowe miejsce się sprawdzi?
Roman Gutek: To jest i euforia, i niepokój, i przede wszystkim trema. Od tej edycji będzie zależała przyszłość festiwalu, będziemy bacznie obserwowani przez władze Wrocławia, które chcą sprawdzić, jak wydajemy publiczne pieniądze i czy przynosi to korzyść miastu.

Dlaczego uznał pan, że organizowanie imprezy w Cieszynie, gdzie gościła przez cztery lata, nie ma już sensu?
– W Cieszynie nie mieliśmy szansy na stabilizację, na profesjonalizację festiwalu. Wrocław, który zainwestował w nas milion złotych, daje taką możliwość. Gdyby nie pan prezydent Rafał Dutkiewicz, nie zorganizowalibyśmy w tym roku Nowych Horyzontów w ogóle. Dziś ocena władz Cieszyna jest jasna: Gutek się sprzedał, poleciał na kasę. Tymczasem panu burmistrzowi Cieszyna najzwyczajniej w świecie zabrakło wyobraźni. Daremnie prosiłem ich o wzięcie współodpowiedzialności za imprezę, która tak się rozwinęła, że nie byliśmy już w stanie sami udźwignąć jej organizacji i kosztów. Tymczasem od miasta dostawaliśmy rocznie 30 tysięcy złotych, co stanowiło 2 procent budżetu festiwalu. Owszem, otrzymywaliśmy doraźną pomoc, ale jednocześnie patrzono na nas podejrzliwie, bo jak to możliwe, że przyjeżdżają ludzie z Warszawy do małego miasta i chcą zrobić coś bezinteresownie? Tymczasem przez pięć lat nie wziąłem złotówki za organizację festiwalu. Nigdy tego nie mówiłem, ale takie są fakty.

Już widać, że się rozwinęliście, bo wrocławskie Nowe Horyzonty od cieszyńskich różnią się skalą – pokazujecie niemal dwa razy więcej filmów.
– Większą skalę wymusiło na nas samo miejsce. Wynajęliśmy na przykład cały dziewięciosalowy multipleks Helios. Nie chcieliśmy, żeby w tym samym czasie były tam grane filmy komercyjne, żeby królował popcorn, a widownia masowa mieszała się z festiwalową. Zależało nam na tym, żeby kinomaniacy byli razem.
Z myślą o wrocławianach rozbudowaliśmy sekcję Panorama Kina Współczesnego do 49 filmów. Bardzo chcemy, żeby mieszkańcy wzięli udział w tym wielkim święcie kina, chcemy przyciągnąć ich takimi nazwiskami, jak Almodóvar, Loach, Saura, i głośnymi tytułami.
Dlatego też repertuar Panoramy jest zdecydowanie bardziej przystępny, bardziej komercyjny niż to, co zobaczymy w najważniejszej dla nas sekcji Konkurs. Tu nadal pokazujemy różne „dziwadła”.

To prawda, do Konkursu trafiają filmy awangardowe, eksperymentalne – prawdziwe Nowe Horyzonty. Dlaczego na takie właśnie stawiacie?
– W Konkursie zebraliśmy 18 filmów, które przepadłyby pokazane gdzie indziej, tymczasem nam na nich szczególnie zależy. To filmy bliskie osobom dokonującym festiwalowej selekcji – czyli Joasi Łapińskiej, Jakubowi Duszyńskiemu i mnie – i chcemy podzielić się naszymi odkryciami z jak największą liczbą widzów, mając świadomość, że wiele konkursowych produkcji podzieli publiczność i wywoła skrajne reakcje.

„Ekstremalny”, „radykalny”, „szokujący” – takie słowa najczęściej pojawiają się w zachodnich recenzjach filmów, które pokazujecie w Konkursie. Świadomie stawiacie na kontrowersje?
– Absolutnie nie chodzi o szokowanie dla szokowania! Wybieram filmy, które wchodzą mi pod skórę, siedzą w głowie, poruszają, walą po oczach, które są świeże – cokolwiek to znaczy. Kino, które sprawia, że totalnie się wyłączam, wchodzę w intymną relację z obrazem, może nawet trochę odlatuję. Jak radykalna formalnie „Daft Punk’s Electroma” albo zrobione za pomocą telefonu komórkowego „Nokturny dla króla Rzymu”. Można na to patrzeć jak na kaprys młodego reżysera albo jak na intrygujący eksperyment twórcy, który ma za sobą współpracę z awangardowymi artystami. Mnie urzekła faktura tego filmu, choć mam świadomość, że podczas pokazu w Cannes wyszła połowa sali i we Wrocławiu może być podobnie. Ale kto inny pokaże młodym widzom takie rzeczy?
Przy okazji mamy cholerną satysfakcję i poczucie totalnej wolności w naszych wyborach, które są i niezależne, i często bardzo intymne. Idziemy pod prąd, stawiamy na kino, które nie jest łatwe i przyjemne. I mam nadzieję, że to się nie zmieni, że nie pojawią się naciski sponsora czy oskarżenia, że pokazujemy rzeczy nieprzyzwoite, nazbyt kontrowersyjne.

Czy filmy konkursowe są odbiciem tego, co aktualnie dzieje się w kinie?
– Filmy nowohoryzontowe są często formą wypowiedzi o świecie podobną do tej, jaką operują dziś artyści w plastyce, w instalacjach. O nich też mówi się, że szokują, że przekraczają granice, że bluźnią, wiele wystaw, szczególnie w Polsce, kończy się skandalami. Każdy z tych filmów w Konkursie został mocno przefiltrowany przez osobowość twórców, dla których to jest sposób rozmowy z innymi.
Jeżdżąc po festiwalach, zauważyliśmy, że powstaje coraz więcej filmów minimalistycznych, które już prawie nie są kinem. Coraz częściej używana cyfrowa kamera pozwala podejść bardzo blisko człowieka, powstaje więc mnóstwo filmów wkraczających w sferę intymnych przeżyć, w prywatność, ale i w cielesność.

Często tak blisko, że do granic pornografii, jak w pokazywanej przed rokiem „Dziurze w sercu”. Nie boi się pan, że kino, które prezentujecie, bywa zbyt radykalne? Szczególnie dla młodej widowni?
– Na nasz festiwal przyjeżdża świadoma publiczność. Każdy widz może przed seansem przeczytać w katalogu, o czym jest film. Przyznaję jednak, że czuję odpowiedzialność, i myślę o tym, żeby drastycznymi obrazami nie zrobić szkody w psychice młodych ludzi – a zdarzyło mi się usłyszeć widzów, że niektóre filmy tak nimi walnęły, że poczuli się niemal „zgwałceni”. Ale z drugiej strony dostęp do erotyki czy pornografii jest dziś tak łatwy, że nie sądzę, by młodzież stykała się ze sferą seksualności dopiero na festiwalu.
Tak się zresztą złożyło, że w tym roku nie ma filmów dotykających cielesności. Są filmy mocne, ale psychologicznie, jak „Flandria” Dumonta, która jest momentami nie do zniesienia, ale też opowiada o tym, co wisi w powietrzu, o wojnie i spustoszeniu, jakie czyni ona w psychice. Takie filmy powinny być pokazywane, bo są osobistymi wypowiedziami bezkompromisowych artystów. Często tylko oni mają odwagę stawiać pytania, które wydają nam się trudne, wstydliwe.

Czy wojna jest tematem, który w kinie powraca dziś najczęściej?
– Wojna i terroryzm na pewno stały się dziś „modne”, na festiwalu mamy produkcje opowiadające o terroryzmie: „Lot 93”, palestyński „Paradise Now” czy „Dzień noc dzień noc”, który jest kliniczną obserwacją terrorystki samobójczyni.
Na różne sposoby powraca także temat globalizmu. W dokumencie „Wielka cisza” reżyser po kilkunastu latach czekania na zgodę wchodzi z kamerą do zamkniętego klasztoru Kartuzów. Ten film każe się zastanowić, który ze światów – ich czy nasz – jest prawdziwy.

A który z przeszło 500 festiwalowych filmów lubi pan najbardziej?
– (po długim zastanowieniu) „Niebo obraca się”. Bardzo prosty film. Hiszpańska reżyserka po 30 latach wraca do wioski, w której się urodziła, a gdzie zostało już tylko paru staruszków. To niezwykły film, który choć mówi o przemijaniu, o śmierci, jest jednocześnie radosny, afirmacyjny. Nie ma tu żadnych radykalizmów, jest za to dużo ciszy i prostoty.

Rozmawiała Małgorzata Sadowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)