Gnijąca panna młoda

Tim Burton niczym alchemik zamienił starą, rosyjską ponoć bajkę w czyste złoto: skrzący się humorem, błyskotliwy, filmowy dance macabre.
 
Niemal w tym samym czasie, gdy powstawał kosztowny i efektowny „Charlie i fabryka czekolady”, Tim Burton na boku – głównie nocami, gdy jak wiadomo, „ciemno, wietrznie, ponuro, wrona gdzieniegdzie kracze i puchają puchacze”* – przy użyciu komputera (i kto wie, jakich jeszcze czarów!), po cichu ożywiał trupy. Niczym alchemik zamienił starą, rosyjską ponoć bajkę w czyste złoto: skrzący się humorem, błyskotliwy, zachwycający wizualnie filmowy dance macabre, w którym żywi pląsają z martwymi, liryzm z komedią, a gotycki horror z musicalem.
Oto Victor Van Dort (głos: Johnny Depp), młodzieniec o urodzie Franza Kafki chorego na gruźlicę, ma poślubić Victorię Everglot (głos: Emily Watson), cnotliwą arystokratkę. Małżeństwo zostało zaaranżowane – Van Dortowie mają pieniądze i ambicje, Everglotowie błękitną krew i pusty sejf, co oznacza ni mniej, ni więcej, że pasują do siebie jak jang i jing.
Niestety, Victor błąka się po nocy nie tam, gdzie trzeba, i wypowiada o jedno słowo za dużo, i właśnie to słowo zwiąże go z tytułową panną młodą, faktycznie mocno już nadgryzioną zębem czasu (głos: Helena Bonham-Carter). Swoją straszną tajemnicę Victor zabiera do grobu, dokąd wciąga go nowa narzeczona. A tam „raz trup po drodze bez głowy się toczy / toż znowu głowa bez ciała” i w ogóle jest bardzo wesoło: rżnie orkiestra, piwo się leje, kości zostają rzucone, by za chwilę ułożyć się w zgrabny szkielecik i odtańczyć stylowy musicalowy kawałek. Żyć nie umierać!
Podczas gdy pod ziemią trwa nieustające, kolorowe i beztroskie święto zmarłych, na górze panuje szarość i żałość, a żywi snują się smagani deszczem i wiatrem, i troskami. I właśnie to przewrotne zderzenie tego i tamtego świata wprowadza zresztą do bajki dodatkowy, ironiczny ton.
„Gnijąca panna młoda” nie byłaby pewnie tak pyszna jak najlepszy zgniły francuski ser, gdyby nie rewelacyjne tłumaczenie Elżbiety Gałązki-Salamon (to ona spolszczyła między innymi „Pulp Fiction” i „Miasteczko South Park”). Z całym szacunkiem dla dokonań Bartosza Wierzbięty („Shrek”) uważam, że Gałązka-Salamon jest o klasę lepsza. Ma ostry jak brzytwa dowcip, wyczuwa najsubtelniejsze niuanse języka i mistrzowsko żongluje słowami, nie rozmijając się przy tym o milimetr z charakterem i stylem filmu, który ma akurat na warsztacie.
Przykład? W „Gnijącej...” jest ich bez liku, a do moich ulubionych scenek należy ta, w której stary mag nie może się nadziwić Victorowi i zgniłej pannie, że chcą opuścić krainę zmarłych: – Przecież ludzie oddają życie, żeby tylko tu się znaleźć!

Małgorzata Sadowska/ Przekrój
*cytaty pochodzą z ballad Adama Mickiewicza

„Gnijąca panna młoda”, reż. Tim Burton, Mike Johnson, USA 2005, Warner
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)