"Futro" - We-Dwoje recenzuje

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Tego się przestawi, tamtego usunie na dalszy plan, a jeśli coś nam się nie spodoba, programy graficzne pomogą dodatkowo podrasować ujęcie. Kilka sekund, błysk fleszu i już można zdjąć z twarzy sztuczny uśmiech.
/ 13.06.2008 12:29
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Tego się przestawi, tamtego usunie na dalszy plan, a jeśli coś nam się nie spodoba, programy graficzne pomogą dodatkowo podrasować ujęcie. Kilka sekund, błysk fleszu i już można zdjąć z twarzy sztuczny uśmiech.

Niestety, czasem wypada stawić się też na przyjęciu, by pokazać światu (tj. rodzinie i sąsiadom), że w odróżnieniu od współczesnych nieudaczników, udało się nam przekroczyć granice przeciętności. Dużo mamy, więc i powodów do pochwalenia się nie braknie. Niekiedy jednak, przygotowując wspaniałą „bombę” dla gości, może się okazać, że lont zapali się przed czasem. Cóż, chaos sam w sobie bywa trudny do ogarnięcia.

„Futro” to debiut fabularny Tomasza Drozdowicza, według scenariusza Beaty Hyczko. Udany, choć nie do końca dobry. Szkoda, że w pewnym momencie, zamiast traktować widza jak wybrednego konesera o wyszukanym smaku, twórcy zaczynają nam serwować „dania” niczym z baru szybkiej obsługi. Przełknąć wszystko można, jednak nie do końca zrozumiałam sens wprowadzenia wątku z sąsiadem czy samą bombą (tak jakby ktoś mógł z treści filmu się nie zorientować, iż cała fabuła, nawet bez dosłownego wybuchu, zmierza ku katastrofie). Lepiej nie nastawiać się na komedię, bo dowcip (a raczej czarny humor) nie jest mocną stroną tego filmu – wprowadzane dla urozmaicenia gagi niewiele wnoszą do fabuły, mnie zaś zepsuły ogólne wrażenie.

„Futro” z wielu powodów warto jednak zobaczyć. U Roberta Altmana w filmie „Dzień weselny” mieliśmy świetnie nakreślony zbiorowy portret Amerykanów – Drozdowicz zdecydował się tłem akcji uczynić Pierwszą Komunię Świętą, zaś skupić na rozpadzie więzi rodzinnych w świecie, gdzie pieniądze zastąpiły jakiekolwiek wartości religijne. Zebrani w ogrodzie goście zasiadają przy stole. Okrągłym - tak by podkreślić, że wszyscy są tu sobie równi. To jest, równo nieudani. Po kilku minutach zaczynamy dostrzegać coraz więcej wzajemnych, tłumionych latami żalów i pretensji. Reżyser częstuje nas bowiem, kawałek po kawałku (jakbyśmy próbowali komunijnego tortu), rodzinnymi sekretami i tajemnicami.

Nowobogacka inteligencja to obraz istnej nędzy i rozpaczy!
Państwo Makowieccy, organizatorzy wystawnego przyjęcia, gubią się w swoim perfekcjonizmie. Krążąc między kuchnią a ogrodem nie zauważają, że pomału sytuacja wymyka się spod kontroli. Ktoś coś powiedział niewłaściwego, ktoś zwrócił komuś uwagę i już napięcie zaczyna narastać. Budzi się skrywana zazdrość, ukrywane przed światem uczucie czy dawne urazy z dzieciństwa. Szkoda, że część bohaterów została pokazana tak powierzchownie – zamiast starać się ogarnąć wszystkich, można było skoncentrować się na najbliższej rodzinie. W postaci kilku gości zebrane zostały główne przywary narodu polskiego: chciwość, zawiść, zakłamanie, powierzchowna religijność, lenistwo, nietolerancja i obłuda. Większość z bohaterów chce też czegoś dla siebie – pieniędzy na spłatę długu, seksu mającego zastąpić brak miłości czy ciągłych pochwał.

Jedyną czystą, niewinną postacią, jeszcze nie przesiąkniętą wszechobecną „dulszczyzną”, okazuje się będący cały czas na uboczu (mimo że w końcu to JEGO wielki dzień!) Jakub.
Tylko on cieszy się z nagłej wizyty katechetki (pozostali goście mniej – wypada przecież schować alkohol ze stołu), ale i próbuje coś zrozumieć:
„- Zawsze tak jest?
- Wszystkie rodziny są jakieś takie. No, może prawie wszystkie.
- A Matka Boska i święty Józef?
- To był wyjątek. Poza tym to była... rodzina zastępcza.
- To co mam zrobić? Modlić się do Pana Jezusa?
- Dorosnąć. Wtedy się wyprowadzisz.”

Jakaś wskazówka jest. Ale… czy dorastając, nie wtopimy się w otaczający nas świat?
Nawet ukraińska służąca, której obcy jest jeszcze kult pieniądza, powoli wpasowuje się w chaotyczne, zakłamane otoczenie.

Nie ma nic. Pozostaje czekać już tylko na ostateczny wybuch wszelkich emocji, jakie muszą kiedyś znaleźć ujście. Tylko że zakończenie jest słabe. A szkoda!
„Futro” to nie ambitne kino, które wymagałoby od widza myślenia. Ta gorzka satyra na obecne relacje międzyludzkie nie udziela odpowiedzi na najważniejsze pytanie: dlaczego? Skąd ta potrzeba posiadania, gromadzenia, pokazywania? Skąd ogólne zniechęcenie do życia? Dlaczego żyjąc w świecie pełnym ludzi, lekko się jedynie o siebie muskamy, jakbyśmy nie dostrzegali obecności drugiego człowieka?

Zakładamy maski. Udajemy, że u nas wszystko gra. Często jednak, niczym ekranowe małżeństwo Agnieszki Wosińskiej i Grzegorza Damięckiego, uciekamy od problemów w inny, „lepszy” świat. Choćby alkoholu i narkotyków. Lub też… wirtualnej rzeczywistości. Ważne, że możemy oderwać się od zakłamanej codzienności.

Film, który szkoda pominąć. Po fali praktycznie identycznych komedii romantycznych nareszcie obraz wyróżniający się ciekawą fabułą. Co więcej, świetnie zagrany i dobrze nakręcony. Mimo pewnych niedoskonałości, wart polecenia!

„Futro”
Reżyseria Tomasz Drozdowicz
Scenariusz Beata Hyczko
Zdjęcia Damian Pietrasik
Muzyka Bartłomiej Oleś, Marcin Oleś
Obsada: Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Irena Makowiecka), Leszek Piskorz (Henryk Makowiecki), Agnieszka Wosińska (Alicja), Witold Dębicki (Antoni), Grzegorz Damięcki (Robert), Dorota Segda (Grażyna), Janusz Chabior (Wiktor), Michał Czernecki (Jarek), Magdalena Boczarska (Ania), Halina Łabonarska (Halina), Anna Romantowska (Frankowska), Mieczysław Hryniewicz (Frankowski), Karolina Gruszka (katechetka Joanna), Dystrybucja: SPI International Polska
Czas 101 min.

 "Futro" 
 "Futro" 


Anna Curyło
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)