10004171.jpg

Era konesera

Program wrocławskich nowych horyzontów po raz kolejny dowodzi, że w wakacje można pokazywać nie tylko bezpieczną rozrywkę, ale i odważną sztukę.
/ 25.07.2007 10:17
10004171.jpg

Przywykliśmy do tego, że w wakacje kultura staje się letnia. Wielką literaturę zamieniamy na kryminały, w kinach poszukujemy lekkiej rozrywki, w radiu lekkiej muzyki. Teatry pustoszeją, a aktorzy zajmują się odciskaniem swoich rąk w betonie albo chałturzą po kurortach.
7. Międzynarodowy Festiwal Filmowy "Era Nowe Horyzonty", który trwa we Wrocławiu, to całkowite zaprzeczenie tak pojmowanej wakacyjnej rozrywki. Każdy, kto tu przyjedzie, przekona się, że latem kultura może być nie tylko gorąca, ale nawet może parzyć.
– Nowe Horyzonty są festiwalem wizjonerów kina, artystów bezkompromisowych, którzy mają odwagę iść obraną przez siebie drogą wbrew panującym modom – deklaruje twórca i szef imprezy Roman Gutek.

Z Long Island do Wrocławia
Takiej formuły dopracowywano się przez kilka lat, tak jak przez kilka lat ENH szukały dla siebie miejsca mogącego sprostać rosnącym ambicjom organizatorów. Festiwal po raz drugi odbywa się we Wrocławiu (i wygląda na to, że zagości tu na długo). Wystartował jednak w Sanoku, mieście, które ewidentnie nie było wówczas przekonane o własnym potencjale. Ale to tam, w wołającym o remont kinie obejrzałam nieznane jeszcze w Polsce, rewelacyjne filmy irańskie i wstrząsającą, brutalną "Ludzkość" Brunona Dumonta, która mimo laurów w Cannes nie doczekała się premiery w Polsce.
Później był Cieszyn, którego położenie – na granicy – doskonale korespondowało z "granicznym" charakterem pokazywanego tam kina. Na czas imprezy Cieszyn zamieniał się w jedno wielkie radosne miasteczko festiwalowe i tej atmosfery wielkiego filmowego święta nie udało się na razie odbudować we Wrocławiu, gdzie uczestnicy ENH giną gdzieś pomiędzy spieszącymi się do pracy mieszkańcami miasta i niemieckimi turystami okupującymi kawiarenki przy rynku.
Nadal jednak już wielkomiejska, rozbudowana (nie wiem nawet, czy właściwszym słowem nie będzie "rozbuchana") do ogromnych rozmiarów impreza – w tym roku w 13 kinach można obejrzeć przeszło 300 filmów, pod warunkiem że ktoś będzie w stanie – broni swojej outsiderskiej tożsamości. Nic więc dziwnego, że głównym bohaterem siódmej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty został guru amerykańskiego niezależnego kina Hal Hartley. Nowojorczyk mieszkający dziś w Berlinie nie tylko doczekał się na imprezie retrospektywy, ale także dwóch książek. We Wrocławiu pokazywane są również jego ulubione filmy, nie mówiąc o tym, że z Hartleyem można się tu po prostu spotkać.
Filmy Hartleya, nazywanego "Godardem Long Island", trzeba we Wrocławiu koniecznie zobaczyć. To bezkompromisowe, inteligentne, programowo antyhollywoodzkie kino zaludnione przez ekscentryków wygłaszających długie, teatralne monologi na tle pozbawionych charakteru podmiejskich pejzaży. Ale u Hartleya sztuczność prowadzi do prawdy: o ludziach szukających oparcia w innych, bo w nieprzyjaznym, pogmatwanym, urynkowionym świecie tylko bliskość liczy się naprawdę. Wielu widzów, którzy nie zetknęli się dotąd z "Amatorem", "Simple Men" czy "Unbelievable Truth", pewnie się zdziwi, widząc, że w tych robionych za grosze filmach pojawiają się takie sławy jak PJ Harvey, Isabelle Huppert, Julie Christie czy Helen Mirren.

Kino na granicy
Ale w porównaniu z niektórymi współczesnymi awangardzistami, których produkcje składają się na kluczową festiwalową sekcję konkursową, Hartley to niemal Steven Spielberg – na przykład w zestawieniu z Jamesem Benningiem i jego intrygującymi "13 jeziorami", ponaddwugodzinnym filmem zbudowanym z tytułowych 13 ujęć jeziora z fragmentami nieba lub brzegu. Albo Lukasem Moodyssonem, twórcą półpornograficznej "Dziury w sercu", czy Jeanem-Charles’em Fitoussim, autorem w całości nakręconych komórką "Nokturnów dla króla Rzymu".
Stawiając na filmowy ekstremizm, organizatorzy imprezy nie tylko promują odważne kino, dla którego nie ma miejsca w normalnej dystrybucji, ale też czasem niechcący przypominają, że granica między awangardą a zwykłą grandą jest bardzo cienka. Czasem nawet niemożliwa do wyznaczenia, jak w przypadku "Anatomii piekła" Cathe-rine Breillat, w której jedną z ról zagrał włoski gwiazdor porno Rocco Siffredi, a której tematem jest kobieca fizjologia. To, co dla jednych było feministycznym manifestem, inni uznali za pornografię i bełkot.
Nawet jeśli nie wszystkie repertuarowe wybory Romana Gutka i jego ekipy są trafione, Era Nowe Horyzonty pozostają wyjątkowym autorskim festiwalem: bo mają autorski program i promują kino autorskie. Bo zawartość imprezy zawsze jest wyznaniem wiary w dojrzałość, inteligencję i wrażliwość młodej publiczności. Bo nikt tu nie boi się gorących debat i kontrowersyjnych tematów – ale też obciachu, bo wystarczy przypomnieć, że to właśnie nowohoryzontowe projekcje przyniosły modę na Bollywood. To tu zaczęła się dla wielu fascynacja kinem azjatyckim, i to nie tylko artystyczną produkcją, ale także przerażająco śmiesznymi horrorami Takashiego Miike (jeden z ulubionych twórców Quentina Tarantino!).
Jeśli więc aktywny wypoczynek kojarzy wam się również z ruszaniem głową, koniecznie wybierzcie się do Wrocławia. O tej letniej przygodzie nie zapomnicie na pewno.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

Festiwal Era Nowe Horyzonty 19–29.07 Wrocław, szczegóły: www.enh.pl
Fot. Gutek Film

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)