"Beat the world. Taniec to moc!" - We-Dwoje.pl recenzuje

Jak długo rekordy popularności będą biły programy jak „You can Dance”, czy „Taniec z gwiazdami”, tak długo przyjdzie nam oglądać, powielane przez kalkę filmy o tańcu. Fakt, miłe dla oka, sprawnie zmontowane, przy każdym kolejnym jednak coraz bardziej przewidywalne i – co by tutaj ukrywać – nudne. Doskonała promocja i nieustająca popularność filmów o tańcu zapewnia im jednak frekwencję. Tak więc końca nie widać.
/ 16.10.2007 22:30

Jak długo rekordy popularności będą biły programy jak „You can Dance”, czy „Taniec z gwiazdami”, tak długo przyjdzie nam oglądać, powielane przez kalkę filmy o tańcu. Fakt, miłe dla oka, sprawnie zmontowane, przy każdym kolejnym jednak coraz bardziej przewidywalne i – co by tutaj ukrywać – nudne. Doskonała promocja i nieustająca popularność filmów o tańcu zapewnia im jednak frekwencję. Tak więc końca nie widać.

Końca nie widać też scenariuszom o tym jak to przez taniec można wszystko naprawiać. Na początku listy oczywiście samego siebie. Na szczęście Robert Adetuyi (reżyser i autor scenariusza) nie chce nam w swoim najnowszym filmie wmawiać, że tańcem można zbawić świat. To jedynie, a może aż styl życia i nierozerwalny element osobowości każdego tancerza. Bohaterowie jego filmu chcą wygrać międzynarodowy konkurs hip hopu „Beat the World”. Stawką są pieniądze i sława. A który to amerykański tancerz nie chciałby się wybić do elity w swoim zawodzie?

I to tyle z opisu. Adetuyi wyreżyserował w swoim życiu 2 filmy, oba o tańcu. Napisał scenariusz do czterech, trzech z tego opowiadających również o tańcu. Z powodzeniem można więc powiedzieć, że doskonale zna się na filmowo - tanecznej technice. Wie, że jakiekolwiek dialogi czy inne niż taneczne sceny, mają być jedynie przerywnikami do układów choreograficznych przedstawianych przez bardzo utalentowanych tancerzy. Tych nie brakuje, nie brakuje też specjalistów, zdolnych do stworzenia doskonałej choreografii. Dlatego też jego film ogląda się jak niezły, kolorowy teledysk, wartki, sprawnie zmontowany, ale jednak teledysk. Wszystko inne, dialogi, czy też eufemistycznie nazywany scenariuszem scenariusz, to jedynie kalki z tysiąca przeróżnych filmów, zapożyczenia czy też dosłownie wzięte zwroty, które rozpozna nawet przeciętny kinoman. Brakuje trochę spontaniczności, czy też lekkości znanej chociażby ze „Step up”. Bywa rozwlekle. Ale cóż, nie szkodzi. Nie szkodzi, bo przecież nie decydujemy się oglądać tych filmów ze względu na ich oryginalność. Nie chcemy doskonałych aktorów, a jedynie (lub aż) doskonałych tancerzy. Wiemy co będzie na początku, w środku a już na pewno na końcu. Bo czy takie filmy sprzedałyby się bez happy endu? Niezależnie od przewidywalności całości, taki film nie musi się bać o to, że zabraknie mu frekwencji. Passa na taniec trwa nieprzerwanie od ponad 10 lat. Jak na razie końca nie widać.

P.S. Głupi tytuł.

Fot. Filmweb

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)