Krzyż niezgody

Kiedy piszę ten tekst trwa uroczystość zaprzysiężenia prezydenta elekta-Bronisława Komorowskiego. Nowy etap. Nowa polityka. Nowy styl rządzenia. Coś się zmieni i to na pewno. Czy na lepsze, czy na gorsze-czas pokaże. Wydarzenia ostatnich dni pokazują, że dzieje się w Polsce coś niedobrego, więc w sumie przydałoby się, aby zmiany mogły pójść ku lepszemu.
/ 10.08.2010 09:47

Kiedy piszę ten tekst trwa uroczystość zaprzysiężenia prezydenta elekta-Bronisława Komorowskiego. Nowy etap. Nowa polityka. Nowy styl rządzenia. Coś się zmieni i to na pewno. Czy na lepsze, czy na gorsze-czas pokaże. Wydarzenia ostatnich dni pokazują, że dzieje się w Polsce coś niedobrego, więc w sumie przydałoby się, aby zmiany mogły pójść ku lepszemu.

W dzieciństwie dziadek „zaraził” mnie polityką. Oglądał wszelkie możliwe wiadomości, dzienniki i programy publicystyczne. Przedpołudniowe godziny w domu moich dziadków wypełniały transmisje z obrad Sejmu. W dzisiejszych czasach aż dziwne byłoby zobaczyć ośmio-czy dziewięcioletnie dziecko oglądające spory polityków zamiast bajki. Ja jednak oglądałam. Dzielnie wytrzymywałam i słuchałam jak jeden pan w garniturze przemawia, a po nim na mównice wchodzi drugi pan w garniturze i na niego krzyczy żywiołowo gestykulując. Jak teraz sięgnę pamięcią to nie rozumiałam ponad połowy tego, o czym oni mówili, jednak zawsze mogłam spytać dziadka, który ze stoicką cierpliwością tłumaczył mi wszystko. W oczach małej dziewczynki znał odpowiedź na niemal każde zadane przeze mnie pytanie.

fot. mwmedia
Dziadek od wielu lat nie żyje, ale gdyby żył, może to on wyjaśniłby mi zachowanie osób, które od wielu dni toczą walkę o krzyż. Krzyż, który został postawiony przez harcerzy z różnych związków przed Pałacem Prezydenckim 15 kwietnia-5 dni po katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem.

Ów drewniany krzyż miał być symbolem pamięci, czci, oddaniem hołdu ofiarom tragedii. Dla wielu jednak jak się później okazało stał się symbolem kultu, pielgrzymek.

Po wyborach prezydenckich doszło do rozmów, podczas których przedstawiciele Kancelarii Prezydenta, Związku Harcerstwa Polskiego, Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, Warszawskiej Kurii Metropolitarnej oraz Duszpasterstwa Akademickiego św. Anny postanowili, że krzyż zostanie przeniesiony do kościoła św. Anny w Warszawie. I wtedy się zaczęło!

Obrońcy krzyża uniemożliwili dotarcie do niego zarówno harcerzom jak i księżom, którzy widząc rozwścieczony, uparty tłum podjęli próbę mediacji z ludźmi starającymi się nawet własnym ciałem nie dopuścić do przeniesienia krzyża. Dużo by pisać o sloganach, wzajemnych potyczkach słownych i ręcznych. Efekt końcowy był taki, że szef Kancelarii Prezydenta sugerując się zapewnieniem bezpieczeństwa osobom zgromadzonym przed Pałacem Prezydenckim ogłosił decyzję o tymczasowym braku możliwości przeniesienia krzyża. Wciąż nie wiadomo kiedy to będzie miało miejsce. Protestujący żądają pomnika lub w najgorszym wypadku „godnego” upamiętnienia ofiar. Słowo „godnego” jest wielokrotnie podkreślane w tłumie, ale bliżej nie wyjaśniane. Żądali deklaracji, która w efekcie padła z ust prezydenta. Bronisław Komorowski powiedział bowiem, że wszyscy, którzy zginęli w smoleńskiej katastrofie zostaną godnie upamiętnieni na Krakowskim Przedmieściu. Czy te zapewnienia pomogły? Nie. Społeczny Komitet Obrony Krzyża stwierdził, że to tylko częściowe rozwiązanie i że domaga się wyjaśnienia przyczyn katastrofy.

Jestem młodą Polką z tzw. pokolenia JPII. Oglądając wiadomości czy czytając doniesienia prasowe na temat krzyża było mi wstyd. Mimo, że protestujący kwestowali, że walczą o dobro narodu, o dobre imię Polski, nazywali się prawdziwymi patriotami walczącymi w imię wspólnego dobra, tego co istotne dla większości-ja zamiast czuć dumę-wstydziłam się. Odnoszę wrażenie, że w tej sytuacji, to co stanowiło sztandar zachowania narodu polskiego przez wszystkie lata jego istnienia, czyli hołdowanie symbolom, obrona polskości, walka ramię w ramię-to wszystko teraz na Krakowskim Przedmieściu wygląda inaczej-sztucznie, momentami wręcz komicznie. Patrząc na to wszystko nasuwa mi się tylko jedno słowo-fanatyzm. I to fanatyzm w najczystszej formie: nieustępliwa, bezkrytyczna wiara w słuszność danej sprawy, idei, połączona z nietolerancją i ostrym zwalczaniem odmiennych poglądów. Widząc zapłakane kobiety będące na granicy histerii czy mężczyzn bijących strażników miejskich i księży narastała we mnie złość. Złość na osoby, które będąc tak ślepo zapatrzone w to co robią krzywdzą samą ideę i symbolikę krzyża. Krzyż dla Katolika nie powinien stanowić narzędzia do walki politycznej czy punktu zapalnego do agresji wśród społeczeństwa. Tymczasem z wymiaru sakralnego został użyty jako element przetargu, sporu pt „Albo jesteś za krzyżem, albo przeciw niemu”. To chore podejście.

Nie mogę się nadziwić skąd w ludziach tyle nienawiści, agresji, niechęci do zmian. Po samej tragedii zewsząd przecież słychać było deklaracje solidarności i to nie tylko z rodzinami ofiar, ale takiej zwykłej, międzyludzkiej. Ludzie podobnie jak po śmierci Jana Pawła II zwolnili-zatrzymali się chociaż na chwilę i pomyśleli o sobie, o swoich najbliższych. Co się teraz z częścią nich dzieje? Teraz jest gniew, złość. Dla mnie dziwne. Czy ktoś pomyślał w tym „szaleństwie” o rodzinach ofiar? Sam krzyż gdziekolwiek by nie stał nic nie zmieni w ich położeniu.

Nasuwa mi się jeszcze jedna myśl. Pałac Prezydencki jest wizytówką kraju. To tu najczęściej są podejmowane głowy państw odwiedzających Polskę. Prezydent w nim urzędujący jest przedstawicielem wszystkich obywateli bez względu na płeć, orientację polityczną, kolor skóry, czy wreszcie wyznanie, dlatego symbol religijny nie powinien zajmować centralnego miejsca przed wejściem do Pałacu. Fakt, że przeważająca część Polaków to Katolicy nie może przesądzać o fakcie pozostawienia krzyża właśnie w tym miejscu, bo grono ludzi tak chce i broni tego dzień i noc. Przedstawiciele innych religii mogliby poczuć się dyskryminowani, a w Polsce panuje podobno równość i tolerancja.

Taka mała dygresja-jeśli będziemy chcieli się za czymś opowiadać, pomyślmy dwa razy, zastanówmy się czego chcemy bronić, jakimi metodami i za pomocą jakich środków. Warto byłoby również odpowiedzieć sobie na pytanie czy ta nasza walka nikogo nie zrani i przede wszystkim, czy jest naprawdę konieczna, aby osiągnąć cel.