Wakacje jak z reklamowego folderu

Nie lubię wyjazdów zorganizowanych. Przewodnik dyryguje grupą, próbując jakoś zapanować się nad ciągle rozbiegającymi się turystami, a i tak, bez względu na jego starania, zawsze ktoś narzeka, że za szybko, że za wolno...
Nie lubię wyjazdów zorganizowanych. Przewodnik dyryguje grupą, próbując jakoś zapanować się nad ciągle rozbiegającymi się turystami, a i tak, bez względu na jego starania, zawsze ktoś narzeka, że za szybko, że za wolno...

Wolę spacerować we własnym rytmie, po swojemu, szukając wciąż mało uczęszczanych ścieżek. Po powrocie do domu znajomi czasem dziwią się, że będąc gdzieś tam nie zwiedziłam jakiegoś znanego zabytku. Cóż, najwyraźniej odkryłam inne atrakcje i na „trzeba zobaczyć!” brakło mi zwyczajnie czasu. Zresztą, nie tak dawno, ulegając sile oraz potędze reklamy, dałam się skusić na polecany w przewodnikach belgijski Atomium. I powiedziałam sobie: nigdy więcej! Szkoda było płacić za bilet kilkanaście euro oraz tracić czas na przeszło dwugodzinne stanie w kolejce – wielki kryształ żelaza to mocno przereklamowana atrakcja, którą warto zobaczyć jedynie z zewnątrz. A to mamy za darmo, i bez czekania.

Wakacje jak z reklamowego folderu

Rozczarowań wakacyjnych pamiętam więcej. Krymskie Jaskółcze Gniazdo dużo lepiej wygląda z pewnej odległości niż z bliska – a najlepiej, na mocno podkolorowanych fotografiach. Grecka Leptokaria, reklamowana w biurze turystycznym jako studencki wakacyjny kurort, okazała się miejscem dobrym dla emerytów, którym marzy się cisza, spokój i swojski, nadbałtycki klimat. Zaś stylizowany hotel w Berlinie, w jakim kiedyś przyszło mi zamieszkać, świetnie prezentował się jedynie w Internecie. Jak się przekonałam po przybyciu na miejsce, „wspaniałe” dekoracje były zrobione z tandetnego plastiku, zaś całość ledwo pamiętała lata dawnej świetności. Wszystko bez pomysłu, za to z dużą domieszką kiczu. A przecież miało być tak ładnie… Tak ładnie, jak na zdjęciu z photoshopa?!

Reklamie ulegamy wszyscy, podejrzewam więc, że nie tylko ja naiwnie wierzę w fotografie lazurowego morza na promocyjnych folderach i zbyt ufam słowu czytanemu, nie sprawdzając w kilku źródłach różnych informacji. Stąd też często dopiero na miejscu mam okazję się przekonać, że dziennikarze nie zawsze bywają rzetelni i doinformowani, a wiele informacji jest tak naprawdę zasłyszanych, nie sprawdzonych. Mówiąc innymi słowy, gdzieś w danym rejonie jest kościół, ale już ze zlokalizowaniem go, podążając za wskazówkami, może być problem. I szukaj wiatru w polu. Raz, wiele lat temu, zdarzyła mi się nawet przygoda z błędną, choć oficjalnie aktualną, mapą. Zabłądziłam podczas górskiej wyprawy, szukając rzeki widmo – jak się jednak okazało, nie zgadzały się naniesione na mapie ulice, mosty i budynki. A nawet nazwy sąsiednich wsi! W końcu któryś z napotkanych mieszkańców, kręcąc z niedowierzaniem głową, objaśnił mi wyjątkowo prostą drogę do schroniska – radząc przy okazji, by mapę wyrzucić do kosza.

Nie zawsze jednak autorzy tekstów podróżniczych celowo wprowadzają czytelników w błąd. Niekiedy zapominam, że pewne informacje mogą po jakimś czasie stracić na swojej aktualności. Wybierając się niedawno do Opola, chciałam znaleźć w okolicy jakieś miejsce na krótki postój. Najlepiej, z ciekawą atrakcją turystyczną. Znalazłam w Internecie mapę, a na niej naniesiony zamek w Niemodlinie - polecany jako jeden z najbardziej wartościowych zabytków na Opolszczyźnie. Dotarliśmy na miejsce i… zastaliśmy wielki budynek, otoczony siatką. Oraz napis: wstęp wzbroniony! Jak się udało nam dowiedzieć od mieszkańców, jakiś czas temu prywatny inwestor zakupił zamek, a w chwili obecnej trwa gruntowny remont zabytkowej budowli. Kiedy, i czy w ogóle, budynek będzie dostępny dla zwiedzających, tego nikt nie był nam w stanie powiedzieć. W każdym razie, odnowienie zamku potrwa wiele lat, o czym w Internecie na tamtej stronie nie było nawet wzmianki. Cóż, moja wina - chciałam zaoszczędzić na czasie. Na szczęście, tym razem byłam w pobliżu, a nie przejechałam przez pół Polski, by przekonać się, że na miejscu nie ma nic ciekawego do zobaczenia.

Na polskim rynku jest obecnie wiele dobrych, wciąż aktualizowanych, przewodników, m.in. wydawanych przez wydawnictwa Pascal i Bezdroża. Dobrym źródłem bywają też niektóre fora internetowe. Znajdziemy tam informacje, które celowo pomijają kolorowe foldery. Piękny, o wysokim standardzie hotel, tuż przy piaszczystej plaży, kusi widokiem na morze? Owszem. Tylko biuro podróży uzna za mało istotny fakt, że kilkaset metrów dalej są kominy fabryczne, a hałas i zapachy dobiegające z budynku skutecznie zniechęcają plażowiczów przed wylegiwaniem się w słonku. Wiedząc o tym wcześniej, unikniemy rozczarowania. Bywa jednak i tak, że turyści sami powielają jakąś informację - albo wierząc faktycznie w cuda, lub też na siłę próbując utwierdzić się w przekonaniu, iż nie przepłacili za jakąś atrakcję. Grecka wyspa Skiathos? Rezydenci organizujący wycieczki zachwalają złociste plaże jako najpiękniejsze. Polacy widzą na swoim ciele migocące w słońcu drobinki, Grecy… bezskutecznie próbują je dojrzeć! Cóż, może niektórym wstyd przyznać, że zapłacili 20 euro za zwykłą (choć ładną) piaszczystą plażę? Sprawdziłam osobiście, jak wyglądają wycieczki, które polecają rezydenci. Dwukrotnie skusiłam się na nie i od tej pory wiem, iż nie warto na takie zorganizowane wypady jeździć. Przepłacimy, a przy okazji wiele nie zobaczymy. Dużo lepiej (i taniej!) poznać kogoś w hotelu i wspólnie, w cztery osoby, wynająć samochód. Reklamy pełne słońca działają na nasze zmysły, jednak… reklama to tylko reklama! Pytajmy zawsze miejscowych, jakie atrakcje w okolicy nam polecają - to z pewnością najlepsze źródło informacji.

Bywałam rozczarowana zabytkami, muzeami czy nawet całymi miastami, zbyt ulegając wspaniałym pocztówkowym widokom. Na szczęście, przynajmniej do tej pory, nie znalazłam się w takiej sytuacji, jak turyści z biura „Kopernik” – kolejnego, które w ostatnich latach ogłosiło upadłość. Tysiące osób opłaciło zagraniczny wyjazd, jednak zamiast wypoczynku niczym z reklamowego foldera, czeka ich sądowa próba odzyskania wpłaconej sumy. Gdy zbliża się lato, robimy się bowiem zbyt ufni. A piękne zdjęcia, obiecujące urlop w idealnym otoczeniu, kuszą…

Anna Curyło
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/6 lat temu
Też byłam w tym roku na wakacjach z Alfą :) I ja też zdecydowanie jestem zwolenniczką wyjazdów zorganizowanych. W tym roku miałam wspaniałe wakacje na Fuertewenturze, wiem, że samej nie chciałaby mi się tego wszystkiego organizować. A wakacje na prawdę były takie jak w folderze ;)
/7 lat temu
A ja właśnie lubię wyjazdy zorganizowane. To jest dla mnie coś wspaniałego. Może kompletnie wyłączyć myślenie i nawet do hotelu mnie zawiozą ;) W tym roku wyłączam się podczas objazdu po Turcji z Alfą. Będzie wspaniale i znów genialnie odpocznę.