POLECAMY

Kuala Lumpur

Jest 31 sierpnia 2007 roku. Dokładnie 50 lat temu flaga brytyjska po raz ostatni zawisła w Malezji. Dzień niepodległości! Mimo późnej godziny i ciemności za oknem, miasto nadal wydaje się ... niezwykłe. A może to właśnie dzięki tym ciemnościom i słabemu oświetleniu nabiera magicznego uroku. Z każdego słupa, okna, sklepu dumnie powiewa flaga Malezji.
Jest 31 sierpnia 2007 roku. Dokładnie 50 lat temu flaga brytyjska po raz ostatni zawisła w Malezji. Dzień niepodległości! Mimo późnej godziny i ciemności za oknem, miasto nadal wydaje się... niezwykłe. A może to właśnie dzięki tym ciemnościom i słabemu oświetleniu nabiera magicznego uroku. Z każdego słupa, okna, sklepu dumnie powiewa flaga Malezji.

Nawet z autobusu, widok na miasto jest niesamowity. Stare budynki pamiętające jeszcze czasy kolonializmu, małe sklepy, podwórka i parki usuwają się na drugi plan, ustępując miejsca jednym z najwyższych budynków na świecie - Petronas Towers, wyłaniających się dumnie z oddali. Wieże świecą tak mocno, że widocznie rozjaśniają nad sobą niebo. W głowie automatycznie pojawiają mi się sceny z "Piątego Elementu" czy innych filmów science-fiction. Bo tak właśnie wyglądają... nierealnie i kosmicznie.
Rano nie potrafię zdecydować się na żadną organizowaną przez hotel wycieczkę, więc po zebraniu informacji ruszam na samotną wyprawę po centrum.
Nie mija nawet pół godziny, kiedy zostaję zaczepiona przez nieznajomego mi mężczyznę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale jestem artystą (...).
I tak o to poznaję Nicka, pierwszego Malezyjczyka. Rozmawiamy przez chwilę, a gdy już mam iść dalej, oferuje mi swoje i kuzyna towarzystwo w drodze do Oceanarium. Opowiada o swojej pracy i o życiu w mieście, o swojej rodzinie, o dziadku w szpitalu i projektach, które wykonuje. Gdy dowiaduje się, że jestem z Polski, prawie krzyczy: Karol Wojtyła!
Wspominając religię i pokazując krzyż na szyi wycisza głos. Tak jakby wyznawanie innej religii było tutaj zbrodnią, którą na pewno nie jest. Nie potrafię odgadnąć dlaczego tak reaguje.

Kuala Lumpur

Kiedy zaczyna padać deszcz oferuje mi swoją chustkę, za którą grzecznie dziękuję... Zdziwiony pyta, czy na pewno i zaczyna mnie nią wycierać. Automatycznie reaguję uśmiechem i tłumaczę, że z cukru nie jestem i nic mi się nie stanie. Poza tym jest gorąco, 30 stopni, więc ciepły deszczyk krzywdy mi nie wyrządzi. Zawstydzam i siebie i jego, następuje chwila ciszy, po czym oboje wybuchamy śmiechem.
Oceanarium w końcu nie zwiedziłam. Pijąc kawę i jedząc rogalika w Starbucksie obserwowałam kolejkę, która przerastała moje najśmielsze oczekiwania. Nie miałam zamiaru spędzić w niej całego dnia, tylko po to, aby zobaczyć kolejną płaszczkę.
Ruszam dalej.
Taksówką planuję dostać się do chińskiej dzielnicy, aby stamtąd autobusem pojechać poza miasto. Do jaskiń Batu.
- China Town, please.
- A może tak Batu Caves?
Po dłuższym sporze z kierowcą, ustaleniu ceny zadowalającej obie strony, przystaję na jego ofertę.

Batu Caves jest miejscem jak najbardziej tajemniczym, mrocznym, świętym i mistycznym. Odkryte w 1878 roku zasłynęły już jako schronienie anty-japońskiej partyzantki za czasów II wojny światowej, wejście do piekieł według wierzeń Chińczyków, miejsce samookaleczeń, świątynia, miejsce docelowe pielgrzymek Hindusów oraz jedna z najciekawszych atrakcji turystycznych w okolicy. To właśnie tutaj, w trakcie corocznych widowiskowych obchodów uroczystości Thaipusam, tysiące wiernych przybywa z całego półwyspu, a podczas ceremonii można doszukać się elementów samookaleczenia. Wierni, po uprzednich rytuałach, wprowadzają się w odpowiedni stan i aby odpokutować grzechy kaleczą swoje ciała, wbijają haczyki, prętami przebijają policzki i języki lub wieszają na hakach.

Kuala Lumpur

Do jaskini prowadzi ponad 270 schodów. Mijam ogromny złoty posąg jednego z hinduskich bóstw, przechodzę przez bramę i zaczynam wspinaczkę.
Oprócz pielgrzymów i turystów, mijam... małpy, które czekają tylko na kolejnego banana. Te bardziej niecierpliwe same podbiegają i wyrywają wszystko, co według nich nadaje się do jedzenia. Robię kilka zdjęć, łapię drugi oddech i wchodzę wyżej.
Kiedy docieram na szczyt, z prawej strony mijam sklepik z pamiątkami, bóstwami i innymi religijnymi drobiazgami. Po lewej bar. Przede mną rozpościera się ogromna komnata, bogato zdobiona w różnego rodzaju formy naciekowe. Jest tak ogromna, że spokojnie zmieściłaby jeden z większych polskich kościołów. W głębi po obu stronach znajdują się posągi kolejnych bóstw.

Kuala Lumpur

Na szczęście nie trafiam w sezon, więc turystów jest mało. Nie muszę przedzierać się przez tłum ludzi. Z drugiej strony chciałabym zobaczyć te miliony w jednym miejscu, poczuć ten zapach kadzideł, usłyszeć muzykę i może nie tyle zrozumieć istotę całej ceremonii, co chociaż wczuć się na chwilę w panującą atmosferę...
Teren otaczający świątynie, ze względu na wielką popularność zostaje obecnie powiększany. Powstają kolejne świątynie i kolejne pomniki. Za kilka lat pewnie całe otoczenie zamieni się w kompleks świątyń przedstawiających nieliczną część bóstw występujących w hinduizmie.
Po wycieczce do głębi duszy i Batu Caves, wracam do miasta. Tym razem do China Town. Dzielnicy w której rządzą oczywiście Chińczycy. Chińskie sklepy, restauracje, ciuchy i przedmioty, a wszystko „Made in China”.

Kuala Lumpur

Ruszam więc, przedzierając się przez tłumy namolnych Chińczyków, którzy za wszelką cenę chcą mi sprzedać najnowsze filmy DVD, zegarki, torebki, okulary, perfumy, czy koszulki - oczywiście "pięknie i idealnie na mnie leżące". Wszystko "oryginalne" i po okazyjnej cenie.
Przecież.
Przeciskam się przez tłum.
Im szybciej odchodzę od straganów, tym szybciej i głośniej spadają ceny.
W końcu skuteczne namowy zatrzymują mnie na chwilę i kupuję kilka drobiazgów.
Po drodze dostaję ręcznie robioną bransoletkę "na szczęście" od buddyjskiego mnicha i uciekam z China Town.
Za tłoczno i za głośno. I nie ma czym oddychać.
Nie wiem dokąd idę, ale jakoś szczególnie mnie to nie obchodzi. Jest gorąco. Może nie aż tak, jak w Dubaju, ale wilgotność powietrza dużo większa.
Idę i czuję jak się rozpływam. Im więcej piję wody, tym szybciej się ona ulatnia. 
Po jakimś czasie, z oddali, słyszę muzykę i jak przez mgłę widzę tłum ludzi. Oaza.
Docieram do zbiegowiska i widzę ludzi poprzebieranych w tradycyjne stroje, tańczących w rytm malajskiej muzyki.
Zostaję dłuższą chwilę, oglądam przedstawienie i robię zdjęcia.

Kuala Lumpur

Przypominam sobie o kartkach, które chciałam wysłać. Zaczyna się poszukiwanie, które okazuje się nie lada wyzwaniem. Najwidoczniej w tym kraju elektronika wygrała z tradycyjnymi pocztówkami i teraz jedyne co można stąd wysłać to E-Cards przez internet.
Ale znajduję.
Po godzinie łażenia po sklepach. Są. Pakiet 10. Biorę.
Ale bez znaczków.
- A znaczki gdzie ? - pytam.
- Nie wiem. Może tam. - Pokazuje sprzedawczyni.
Tam się skończyły, więc zostaję wysłana tam dalej. A stamtąd za róg. Za rogiem też się skończyły, ale może u sąsiada. Sąsiad ma przerwę. I teraz co? Skończyły się ręce, które wskazywały kolejne kierunki jak w błędnym kole.
Wracam do przedostatniej stacji i pytam o inną, alternatywną trasę poszukiwań. Tam, tam i tam też nie było.
Aż w końcu jest! Jest sklep. W sumie to chyba pralnia. Ale są znaczki. Tyle, że krajowe. Ale kupuję (za namową sprzedawcy) po dwa na jedną kartkę. 
Opuszczam sklepy i staram się dojść do Lake Gardens, w których znajduje się kilka ogrodów i parków (Ptaszarnia, Ogród Orchidei, Park Motyli itp.), jednak każda zatrzymana osoba wskazuje mi inny kierunek.
Dłuższą rozmowę przeprowadzam z dwoma kierowcami autobusów, którzy akurat mają przerwę. Ja po angielsku, oni po malajsku. Słysząc Butterfly Park robią zdziwione miny, potem pojawia się uśmiech, a na koniec, kiwając głową ze zrozumieniem, machają rękami naśladując motyle.
- Terima Kasih. Dziękuję i odchodzę we wskazanym kierunku, który później gdzieś gubię, a mapa ze względu na małą szczegółowość okazuje się mało pomocna.
Łapię taksówkę i wchodząc jednymi drzwiami, wychodzę drugimi. Nie dogadujemy się cenowo (jego 25 malezyjskich ringgit na moje 10 ).
Chwilę później jadę za 5. Wysiadam pod meczetem Masjid Negara.
Duży i inny niż te w Emiratach. Nie rzuca mnie jednak na kolana. Jest bardziej kolorowy i nowoczesny. Zbudowany w postmodernistycznym stylu, z charakterystycznym pofałdowanym dachem.
W końcu z mapą w ręce trafiam do Tun Abdul Razak - domu i ogrodu pamiątkowego. Podążając za postacią z parasolką, schodzę schodkami w dół i zatrzymuję się nad jeziorem.
Park i jezioro z widokiem na drapacze chmur z centrum. Ładnie i zielono.
Postać z parasolką okazuje się sympatycznym starszym panem, który oferuje mi pomoc w robieniu zdjęć. Oczywiście z moją na nich obecnością.
Liong jest przyjacielem polskiego ambasadora, dobrym pływakiem i znudzonym emerytem. Zabiera mnie na spacer. Opowiada o pracy, klubie pływackim, codziennych spotkaniach i spacerach po parku. Na koniec spaceru podwozi mnie do Parku Motyli.
Po godzinnej walce z motylami i aparatem poddaję się. Oglądam jeszcze wystawę z największymi i najbrzydszymi pająkami, robakami i innymi paskudztwami, i wracam do hotelu.

Po krótkim odpoczynku zabieram kolegę z lotu i wracam do China Town. Tym razem na zakupy. A dokładnie, po DVD. Staramy przedostać się przez jeszcze większy (co wcześniej wydawało mi się niemożliwością) tłum ludzi. Chociaż to już nawet nie jest tłum.
To jest jak jeden wielki organizm. Przez moment stajemy się jednością podążającą w dwóch różnych kierunkach. Najczęściej nawet nie o własnych siłach.
A znajomy zamiast mi pomagać, wciska mnie do straganów i nakręca sprzedawców, że szukam tego i tego, co otwiera puszkę Pandory - w ciągu sekundy zostaję otoczona przez grupkę Chińczyków z koszulkami w przeróżnych kolorach z napisem „Kocham Kuala Lumpur”.
A Kuala Lumpur może i kocham… ale koszulki to ja nie potrzebuję!

Tekst i zdjęcia: Joanna Składanek
www.cabin-crew.blog.onet.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)