Expedycja III Sey Kraków-Pekin 2008 - Pekin

Bezdrożami do Pekinu.
/ 16.01.2009 12:06
Bezdrożami do Pekinu.

Samolot, hotel czterogwiazdkowy, czysta łazienka z ciepłą wodą? NIE! Ich dwoje, 2 plecaki, kilka najpotrzebniejszych rzeczy oraz uśmiech losu i przychylność napotkanych ludzi... Do pokonania 12 tysięcy kilometrów – EXPEDYCJA do Pekinu!

Tymi kilkoma słowami można opisać wyprawę Agaty Krzemień i Witka Rybskiego. Dzięki serwisowi www.zaile.pl, właścicielowi marki EVENT EXPEDYCJA, udali się autostopem do Pekinu. Wyjeżdżając 17 listopada z Krakowa jednego, czego byli pewni to, że podczas podróży będzie mroźno. Obszary rosyjskie oraz Mongolia o tej porze roku to zamarznięte piekło – temperatura sięga minus 30 stopni Celsjusza, czasem więcej, i dodatkowo wieje przeszywający kości wiatr. 

Expedycja III Sey Kraków-Pekin 2008 - Pekin

Tylko strach ma wielkie oczy?
Patrząc na Agatę i Witka trudno sobie wyobrazić, że ta dwójka boi się ekstremalnych podróży. Ona – odważna i gadatliwa, on – spokojny i zdecydowany. Mieszanka idealna na wyprawę w nieznane. To nie była nasza pierwsza tego typu wyprawa. Mamy doświadczenie w tułaniu się po świecie i przede wszystkim odrzucamy złe myśli. Pozytywne nastawienie to podstawa całego przedsięwzięcia – mówi Agata. Podróżnicy wielokrotnie podkreślali również, że liczy się wiara w ludzi i ich przychylność do osób, które stoją przy drodze z wielkimi plecakami i łapią stopa. Jednak nie z każdym można jechać. Witek opowiada: Podróżowanie autostopem to trochę, jak hazard. Ryzykuje się dużo wyciągając rękę przed nadjeżdżającym samochodem – czasem może to oznaczać kłopoty. My na całe szczęście trafialiśmy na ludzi, którzy okazywali się przyjaciółmi po wymianie kilkunastu zdań. Przejechali 12 tysięcy kilometrów samochodami różnych ludzi, ale jak sami podkreślali, w wyborze z kim podróżować liczy się szósty zmysł. Czasami bowiem wystarczyło spojrzeć na czyjąś twarz i pojawiała się natychmiastowo myśl – „nie jedziemy z nim”.  

Najtrudniejszy pierwszy krok...
Wyprawa Agaty i Witka to inicjatywa serwisu www.zaile.pl. Pomysłodawca zorganizował dla nich niezbędne zaplecze – ciepłe ubrania i buty, plecaki oraz kieszonkowe na jedzenie, nocleg i ewentualne przejazdy.

Punktem startowym EXPEDYCJI był Kraków. Agata i Witek szybko załapali stopa i pojechali w stronę granicy z Ukrainą. Tam napotkali pierwsze kłopoty – przejazd przez Ukrainę musi się odbyć w ciągu 3 dni, inaczej będą musieli wyrobić dodatkową wizę. Szybka decyzja – Jedziemy koleją. Z nadzieją, że już w Rosji uda nam się rozpocząć prawdziwą wyprawę autostopem – mówi Witek.
   
Do Rosji udało im się dotrzeć zgodnie z planem czasowym, który ustalono jeszcze w Polsce. W Rosji przyszedł sprawdzian systemu cauchsurfing. Agata opowiada: To naprawdę działa! Dzień przed wyjazdem znalazłam kilkanaście osób, które oferowały nocleg na trasie naszego przejazdu. Wysłałam maile i cieszyłam się, że jest odzew – mamy gdzie spać... Nie bez znaczenia był fakt, że osobom, które odpowiedziały bardzo się spodobała idea wyprawy. I tak Agata i Witek zagościli w Woroneżu, gdzie gospodarze z otwartymi ramionami ugościli ich, nakarmili i zapewnili ciepłe miejsce do spania. Rano Polacy udali się w dalszą podróż – złapali cztery samochody pokonując 525 kilometrów i dotarli do Penzy. Tam zatrzymali się u Siergieja, który w pamięć im zapadł ze względu na zupę z płucek, którą ich częstował.

1250 km tirem z Wladimirem
Po pożegnaniu z Siergiejem mieliśmy ambitny plan – kolejne 500 km musi zostać za nami, by dojechać do Samary. Ale pojawił się Wladimir, kierowca tira, który nas dosłownie przygarnął, jak starych przyjaciół, którym nie odmawia się pomocy, poczęstunku i opieki. Pozwolił nam na trzy dni zamieszkać w swoim samochodzie. Podróżowanie z Wladimirem przywróciła Agacie i Witkowi wiarę w bezinteresowne zachowanie ludzi i napełniło ich nadziejami na powodzenie w dalszej podróży. Byli właściwie na jej początku, minęło 8 dni. Podróż z sympatycznym Rosjaninem obfitowała w przygody. Kilka razy zepsuł się wysłużony tir Czestink, stracili koło, dostali mandat. Przeżyli też chwile grozy, gdy na postoju pod nieobecność Wladimira, zainteresowali się nimi miejscowi. Bynajmniej nastawieni pozytywnie, raczej szukający zaczepki i sposobności do kradzieży. W porę jednak pojawił się Wladimir i grupka młodych ludzi bez słowa odeszła od samochodu. Z Wladimirem przejechali 1250 km, spędzili z nim w szoferce – bez dłuższych przerw, 72 godziny. Dojechali do Czelabińska, skąd udali się do Jekaterinburga.

Przez kolejne dni ich życie wyglądało niemal identycznie. Małe zakupy, łapanie o świcie stopa na drogach wylotowych z miast, w których zatrzymali się na nocleg. Potem kilka przesiadek i kolejne kilometry drogi w mrozie i zmęczeniu pozostawały za nimi. Tak jak pozostawały za nimi miasta, które odwiedzili: Tjumeń, Kemerowo, Krasnojarsk.

Coraz zimniej...
Grudzień na pograniczu rosyjsko-mongolskim przywitał Agatę i Witka obfitymi opadami śniegu i siarczystym mrozem. Dlatego zdecydowali, że do Irkucka pojadą pociągiem. Ponad pół doby w pociągu upłynęło im na rozmowach z towarzyszami podróży, wśród których byli dwaj Uzbecy oraz Irlandczyk. W Irkucku było jeszcze zimniej niż w Kansku – wspomina Witek. Bardzo zależało nam jednak na zwiedzaniu i robieniu zdjęć, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by aura z nami wygrała. Znaleźliśmy sposób – co chwilę wchodziliśmy do sklepu lub restauracji, by się ogrzać. Wieczorem udaliśmy się do mieszkania nauczyciela angielskiego, u którego mieliśmy przenocować. Spędziliśmy noc na podłodze, lecz rano wstaliśmy pełni zapału do zwiedzania Bajkału.

Po przebyciu ponad 11 tysięcy km Agata i Witek dotarli do stolicy Mongolii. W Ulaan Bataar szybko znaleźli nocleg i ruszyli zwiedzać miasto. Stolica Mongolii urzekła ich odmiennością kulturową, którą obserwowali na każdym kroku. Buddyjski charakter kompleksu pałacowo – świątynnego ukazywał duchowy wymiar religii. Spróbowali słonej herbaty i zjedli obiad w prawdziwej mongolskiej jurcie podczas zwiedzania Parku Narodowego Terelj. Po 2 dniach prawdziwego odpoczynku chcąc ruszyć dalej odkryli, że nie ma drogi... Po prostu w pewnym momencie pośrodku niczego skończył się asfalt. Od tego momentu nie obowiązywały zatem żadne zasady kierowania pojazdami – każdy jeździ jak chciał... Niesamowite dla ludzi XXI wieku, pochodzących z cywilizowanego państwa prawa, zasad i reguł...
 
Welcome to China 
10 grudnia udało nam się dotrzeć do Chin! Cieszyliśmy się bardzo, ale rosyjskie i mongolskie mrozy oraz tułaczka dała nam się w kość! - mówi Agata. Dotarli do małego miasteczka Erenhot. Egzotyka i bariera językowa sprawiły, że zmęczenie musiało ustąpić miejsca trzeźwemu myśleniu oraz  organizacji. Tym bardziej, że łapanie stopa w Chinach kończy się podwozem na stację kolejową lub do centrum. Nie pozostało im nic innego, jak wsiąść w autobus, by następnego dnia znaleźć się w Da Tong. Chiny są piękne w swej odmienności. Posągi Buddy przygniatają wielkością, podobnie jak przemysłowe części miast. Zwiedzanie jest jednak bardzo męczące, szczególnie przeciskanie się między tłumami ludzi. Agata i Witek przez chwilę poczuli się tak, jakby byli z innej planety. Niemal na każdym kroku miejscowi chcieli ich dotknąć. Pokazywali ich palcami. Byli nieco zdezorientowani i zmęczeni faktem, że są atrakcją. Na całe szczęście spotkali Fisha – chłopak pomógł im się odnaleźć, wskazał miejsce, gdzie można coś zjeść i zatrzymać się na noc.

Po 26 dniach podróży samochodami, ciężarówkami, autobusami oraz pociągami uczestnicy EXPEDYCJI dotarli do Pekinu. Spotkali się z Chińczykiem, który stał się ich oczami i uszami – wiedział wszystko o mieście, i co najważniejsze, wiedział jak tam dotrzeć. Pobyt w Pekinie upłynął Agacie i Witkowi na zwiedzaniu i smakowaniu tamtejszych potraw. Przejechaliśmy się rikszą i zjedliśmy kałamarnice. Ludzie są tam fantastyczni. Widzieliśmy tłumy uśmiechniętych osób. Najbardziej było to widoczne wokół Świątyni Nieba – ludzie nie śpieszyli się, jak na ulicach. Tańczyli i śpiewali. Ćwiczyli tai – chi. - opowiada Witek. Najwspanialszy był jednak Wielki Mur Chiński. Spoglądając z niego uświadomiliśmy sobie, gdzie jesteśmy i jak tu dotarliśmy. Chwila zadumy, po czym zaczęliśmy się cieszyć, że wracamy do Polski. Samolotem do Niemiec, a potem – normalnie, czyli autostopem do Krakowa!


Team Expedycja III Sey Kraków-Pekin 2008!
www.zaile.pl 

Redakcja poleca

REKLAMA