Żydówek nie obsługujemy

W swojej trzeciej, najlepszej, książce Mariusz Sieniewicz wyciąga nasze ukryte lęki.
Taki tytuł: „Żydówek nie obsługujemy”? W kraju, gdzie słowo „Żyd” jest ciągle nacechowane? A nuż to kogoś podjudzi, a nuż ktoś pomyśli, że to książka antysemicka lub przeciwnie – prowokacja.
I rzeczywiście, ledwo książka się ukazała, na spotkaniu autor musiał się tłumaczyć. A tymczasem tytuł niepokoi, tak jak i całość ma niepokoić. W swojej trzeciej, najlepszej, książce Sieniewicz, zamiast głaskać czytelnika, wydaje go na pastwę jego własnych lęków i też lęków zbiorowych. I nie jest to rzecz o antysemityzmie, ale zbiór opowiadań wizyjnych, senno-fantastycznych, w których niepostrzeżenie znana rzeczywistość staje się obca, wychodzą z ukrycia potwory uprzedzeń i stereotypów.
Pamiętam scenę z „Czwartego nieba”, poprzedniej powieści, kiedy nagle bohatera wciągają oczy dziewczyny. Zanurza się w czerń źrenicy, szum rozmów knajpianych cichnie, a on znajduje się zupełnie gdzie indziej. W nowej książce takie przejścia, zawirowania na styku rzeczywistości znajdziemy w każdym opowiadaniu. Jazda autobusem o 15.15 w poniedziałek zamienia się w spektakl wzajemnego torturowania. – „Posuń się, bo cię posunę” – syczy pasażer do blondynki pachnącej szamponem kiwi. I tak zarażają się agresją jak rytuałem. Tutaj po gombrowiczowsku coś wyzwala się pomiędzy ludźmi. To „międzyludzkie” jest groźne, a w każdym razie dwuznaczne. Jak typowe wiejskie wesele, na którym wszyscy mężczyźni dotykają panny młodej, naznaczają ją. Ale prawdziwie ciemne rzeczy dzieją się w tytułowym opowiadaniu „Żydówek nie obsługujemy”. Bo oto w hipermarkecie, gdzie bohater robi zakupy, przy kasie okazuje się, że zamienił się ni stąd, ni zowąd w ciemnowłosą Żydówkę z gwiazdą Dawida na ramieniu. Chociaż możemy się domyślać, co się zdarzy, ta wizja i tak nas zaskoczy. Spektakl poniżenia rozgrywa się na zapleczu, w chłodziarce, w szumie wózków widłowych. Żydówka jest jednocześnie matką karmiącą i pożerającą swoje dziecko, gwałconą dziwką i białą boginią miotającą przekleństwa. I przede wszystkim odwieczną ofiarą męskiej przemocy. Tutaj właśnie, schodząc na dno upokorzenia, słyszymy głos odmieńca, kogoś wykluczonego. Ludzie dookoła, obserwatorzy sami go poniekąd wywołują z niebytu, potrzebują go.
Hipermarket, sceneria z mrożonych kurczaków, czyżby to był kolejny antykonsumpcyjny manifest? Mariusz Sieniewicz zebrał już sporo etykietek. Po poprzedniej powieści okrzyknięto go „pisarzem zaangażowanym”. Choć przecież do realizmu antykapitalistycznego mu daleko. Teraz zyska pewnie sławę adwokata mniejszości. Ale w przeciwieństwie do wielu zaangażowanych książka Sieniewicza nie jest doraźna. Schodzimy o wiele głębiej. Gdzieś do sfery międzyludzkiej dominacji, przemocy, do stref ukrytych i tylko przysypanych cienką warstwą kultury. I nie ma prostych recept, by to zmienić. Bo też zamiast zadowolonego z siebie bohatera, który upatruje zła gdzieś na zewnątrz, w plastikowym świecie reklam, u Sieniewicza znajdziemy takiego Filipa Piszczajkę, 30-latka nieudacznika. Groteska wkrada się we wszystkie jego poczynania.
W tym świecie, na hipermarketowym śmietnisku towarów, ujawnia się jakaś fundamentalna śmieszność istnienia i poczynań człowieka. Przy czym jest w tym więcej grozy niż śmiechu. Sieniewicz tak to przyrządził, że czytelnik jak ta Żydówka, staje oko w oko ze swoją odmiennością. Wykluczony, nie do pary. Jakiś ułomny, inny niż wszyscy. Niewesołe to doświadczenie, ale i oczyszczające.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

Mariusz Sieniewicz „Żydówek nie obsługujemy”, W.A.B., Warszawa 2005
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)