Zakochać się, zapragnąć

Paweł Pawlikowski reżyser "Lata miłości" mówi „Przekrojowi”, że chciałby trochę posprzątać świat.
 

Małgorzata Sadowska: Wyjechał pan do Anglii, mając 14 lat. Swoją wiedzę o niej czerpał pan z filmów brytyjskich „młodych gniewnych”. Jak wyglądała konfrontacja kina z rzeczywistością?
Paweł Pawlikowski: Rzeczywistość okazała się bardziej uderzająca i dziwna, niż ją sobie wyobrażałem. Wszystko tu było na opak: jedzenie koszmarne, mokro, ciemno, małe domki, ludzie jacyś tajemniczy, zamknięci... Lecz Anglia to tak naprawdę dwa światy: Londyn i cała reszta. I ja natychmiast zakochałem się w Londynie, w którym żywa jeszcze była hipisowska atmosfera, dobra muzyka. Nie mogłem nacieszyć się tym miastem, a że nie miałem pieniędzy, więc chodziłem po nim na piechotę i wchłaniałem te jego różne światy i klimaty.

MS: Zastanawiam się, jak udało się Panu zachować całkowitą osobność, funkcjonując w obrębie gigantycznej tradycji brytyjskiego kina, które preferuje kino społeczne, kostiumowe...
...Albo romantyczne komedie dla Amerykanów, w których zawsze w Londynie pada śnieg. Po prostu mam własną „tradycję”, własny kanon kina, do którego należą choćby „Popiół i diament” Wajdy, „Taksówkarz” Martina Scorsese czy niektóre dzieła Felliniego i Terence’a Malicka, Formana i Kusturicy. Interesują mnie reżyserzy, którzy umieją stworzyć jakiś świat, no i oryginalnych bohaterów, którzy mają charakter, własny bagaż i odbijają się od rzeczywistości w intrygujący, twórczy sposób.

MS: Interesują Pana również tacy bohaterowie – dziewczyny z „Lata miłości” lepią świat jak plastelinę, fantazjują, zmyślają, tworzą własne warianty rzeczywistości.
W tych postaciach najbardziej interesowała mnie właśnie wyobraźnia i fantazje dziewcząt. To, że są z zupełnie odmiennych społecznie światów, prawie z innych kultur i dlatego mogą się tak sobą zafascynować i... oszukiwać. Stąd bierze się też urzeczenie fizyczną innością, w końcu jedna z nich jest jakby z lepszego materiału. Sam pamiętam takie fascynacje z własnej młodości.
Najbardziej ciekawią mnie ludzie, którzy mają emocje, którzy wciąż umieją coś dostrzec, zareagować, zakochać się, zapragnąć czegoś niemożliwego. Wynika to z nostalgii za prostym światem, nieskażonym pozerstwem, w którym coś prawdziwego i głębokiego między ludźmi może się wydarzyć.
Jak patrzę dziś na młodzież, widzę telewizję – i odwrotnie. Tej symbiozy między mediami a zachowaniem wcześniej nie było i ja łaknę właśnie czasów, zanim media wchłonęły wszystko, zanim świat zagracił nawał informacji, obrazków, dźwięków, które nic nie znaczą. Chciałbym go wyczyścić, wrócić do podstaw, do spraw elementarnych.

MS: W latach 80. i 90. kręcił Pan filmy dokumentalne na Wschodzie: na Bałkanach, w Rosji. Dlaczego upodobał Pan sobie ten właśnie kierunek?
Fascynował mnie świat, który porzuciłem, świat słowiańszczyzny, chwiejącego się już komunizmu, odradzającego się nacjonalizmu – a przede wszystkim zderzenie jednostki z historią. W Anglii trudno było to zaobserwować. Polityczne ruchy tektoniczne, nagłe przemiany w społeczeństwie są zawsze dobrym kontekstem dla kina. Dzięki nagrodom zyskałem całkowitą swobodę w telewizji BBC, dla której pracowałem. I przez jakieś sześć lat mogłem kręcić o wszystkim, co tylko mnie interesowało, i tak, jak chciałem.

MS: Czemu nie zrobił Pan filmu o Polsce?
Wiem, że to dziwne, ale zawsze miałem w tej kwestii zahamowania... Rosja czy Bałkany były dla mnie rodzajem czystego płótna, które mogłem po swojemu zamalować, w przypadku Polski miałem jednak poczucie jakiegoś obowiązku, nie czułem się swobodnie. Zwłaszcza że robiłem filmy dla publiczności zachodniej i nie chciałem prezentować im negatywnego obrazu Polski. Wiedziałem też, że tu byłyby ogromne oczekiwania, choćby mojej rodziny, co do tego, jak ja tę Polskę pokażę.

Rozmawiała Małgorzata Sadowska/ Przekrój


 

Tagi: film
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)