Wiele hałasu o nic

„Wyspa” to tylko hollywoodzki klon - Michaela Baya zgubiła skłonność do patosu i efekciarstwa.
Michael Bay, twórca „Pearl Harbor” i „Armageddonu”, ale też sporej liczby reklamówek, podczas realizacji „Wyspy” był w swoim żywiole. Pierwsza część tej rozbuchanej wizualnie antyutopii przypomina bowiem idealny produkt reklamowy: bohaterowie w nieskazitelnej bieli funkcjonują w doskonale sterylnym świecie, w którym zewsząd spozierają techniczne wynalazki, a do czujników podłączony jest nawet sedes („wykryto nadmiar sodu – proszę zgłosić się do centrum żywienia”).
Część druga to z kolei „Armageddon” i „Pearl Harbor” w pigułce: miejskie pościgi, efektowne kraksy, eksplozje i hałas, który niekiedy trudno znieść. Ubranym w biel mieszkańcom wmawia się, że w cudowny sposób ocaleli z katastrofy, która skaziła ziemię, podczas gdy w rzeczywistości są klonami hodowanymi w pojemnikach z wodą. Kłamstwa odkrywa jednak stopniowo Lincoln 6 Echo (Ewan McGregor), który wydostaje się do prawdziwego świata razem ze swą przyjaciółką Jordan 2 Delta (Scarlett Johansson).
Mogła wyjść z tego orwellowska w duchu wizja społeczeństwa rządzonego totalitarnie, ale w białych rękawiczkach. Mogła też „Wyspa” okazać się parodią kiczowatych, reklamowych iluzji albo opowieścią o moralnych dylematach związanych z klonowaniem ludzi. Zgubiła jednak Baya skłonność do patosu i efekciarstwa – transowa muzyka i techniczne popisy nie tylko wyprane są ze śladów ironii, ale też okazują się wręcz celem samym w sobie.
I nawet jeśli Johansson i w tak mizernym materiale pokazuje od czasu do czasu, że aktorką jest świetną, do tego rodzaju produkcji szkoda jej talentu.

Paweł T. Felis/ Przekrój

„Wyspa”, reż. Michael Bay, USA 2005, Warner
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)