Smarkula

Uwaga, proszę odsunąć się od toru. Nadjeżdża najsławniejsza francuska dziewczynka.
Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz” – powtarza co chwila papuga Zielenina, najrozsądniejsza bodaj postać wśród gromadki bohaterów „Zazi w metrze” Raymonda Queneau. Jej towarzysze rzeczywiście gadają i gadają do- i niedorzecznie, ale niezwykle zajmująco.
Jest o czym mówić, bo mnóstwo się dzieje, gdy w Paryżu zjawia się Zazi, czyli małoletni łotrzyk płci żeńskiej. Dziewczynka przyjeżdża do stolicy, by pod opieką wuja zaznać wielkomiejskiego życia, ale ze wszystkich paryskich wspaniałości interesuje ją tylko metro. Całą resztę – o czym chętnie informuje zainteresowanych i nie – „ma gdzieś”. Zazi metra nie zobaczy (tak jak znacznie starszy od niej Wieniczka Jerofiejew nie zobaczy Pietuszek ani Kremla, a Kafkowski geometra nie dostanie się do Zamku), za to bardzo szybko wpakuje siebie i opiekunów w piramidalne kłopoty. Ba, ale i opiekunowie są niezgorsi. Poczciwy wuj Gabriel, w cywilu przykładny małżonek, pracuje jako tancerka w „najlepszym pedalskim lokalu”, dorabia sobie, okpiwając przygłupich zagranicznych turystów, a przy tym zdarza mu się ni stąd, ni zowąd mówić językami, jakby natchnął go Duch Święty, albo parodiować Hamleta, jakby natchnął go Szekspir. Sympatyczni sąsiedzi i przyjaciele wujka już na pierwszy rzut oka wyglądają na w ciemię bitych i całkiem z tego zadowolonych. W tej historii Paryż i paryżanie (a właściwie ich stereotypowe przedstawienia) wyśmiewani są zresztą co krok.
Miłośnicy przygód niech będą jednak spokojni. Jak na powieść łotrzykowską przystało, na gadaniu wcale się nie kończy. Na czytelnika czekają śliczne pościgi samochodowe, porwania, upadki ze schodów, interwencje policji, poważna bójka i trup z wyprutymi flakami. A kiedy okazuje się, że prześladujący bohaterów tajemniczy natręt to Szatan we własnej osobie (w apokaliptycznym finale oblega ich na czele „dwóch dywizji pancernych stróżów nocnych i szwadronu jurajskich żuawów”), po raz kolejny z czułością myśli się o autorze, który dla nas to wszystko ułożył.
Ale cóż można w paru zdaniach powiedzieć o Raymondzie Queneau? Że urodził się w 1903, a zmarł w 1976 roku? Że był arcyoulipijczykiem, patafizykiem i encyklopedystą? Że opracował i wydał sławne heglowskie wykłady Alexandre’a Kojeve’a? Że stworzył tekstową maszynę kombinatoryczną do produkcji stu tysięcy miliardów sonetów? Brakuje miejsca na przypisy, więc prościej będzie powiedzieć („Gadasz i gadasz” – odzywa się Zielenina), że Queneau ma pewne miejsce w elitarnym Klubie Wielkich Pisarzy, Którzy Nie Dostali Nobla, obok Joyce’a, Nabokova, Stevensa czy Borgesa. Zabawne, że to właśnie dzięki książeczce o wyszczekanej Zazi (rzecz wyszła w roku 1959, rok później przeniósł ją na ekran Louis Malle) wielki ten mąż zaznał wielkiej sławy i dostatku. Fragmenty „Zazi...” drukował krakowski podówczas „Przekrój”, dzisiaj – już w całej okazałości – najsławniejsza francuska dziewczynka buszuje po Warszawie i okolicach. Jeśli kto wpadnie na nią w metrze, niech ma się na baczności, nigdzie jej nie odprowadza i da nam znać.

Marcin Sendecki/ Przekrój

Raymond Queneau „Zazi w metrze”, przeł. Maryna Ochab, PIW, Warszawa 2005
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)