Romantyk i seks-kucharka

Missy Elliott i Common zmienili otoczenie, ale wciąż tworzą rapowy produkt najwyższej jakości.
/ 16.03.2006 16:57
Hip-hop inteligentny, dojrzały, z uniwersalnie pozytywnym przesłaniem. Mądry, ale nie przeintelektualizowany. Nowoczesny, a zarazem wierny tradycji. Do tego rozrywkowy i wolny od wyświechtanych klisz. Fakt, brzmi to nieprawdopodobnie, ale szczęśliwie jeszcze zdarza się w Ameryce. I nie w undergroundzie, ale na salonach. Dowód? Chętnie, nawet dwa.
On od ponad 13 lat przechadza się po podwórkach rodzinnego Chicago z gracją, jakiej nie posiadła żadna z gwiazd współczesnego hip-hopu. Ona niewiele krócej rządzi królestwem babskiego rapu. Oboje wiedzą, co to styl, klasa, dobry smak. Oboje czerpią garściami z klasyki, a zarazem odważnie eksperymentują. Missy Elliott i Common idą łeb w łeb, jeśli chodzi o rapowy produkt najwyższej jakości. Choć za co innego ich lubię.
U Commona podziwiać można sposób, w jaki opowiada swoje historie – nieśpieszny, leniwy, wręcz staroświecki. Inni oddają się wyuzdanym seksualnym fantazjom – on, do niedawna jeszcze życiowy partner Erykah Badu, z poetyckim zacięciem ładnie rapuje o miłości. Pamiętam, jak kiedyś, wzdychając nad kondycją hip-hopu, porównywał ten gatunek do ukochanej kobiety. Dziś w ramach hołdu dla Marvina Gaye’a, największego soulowego romantyka w dziejach, zachęca ulice do miłości. Common ma też świetny instynkt w dobieraniu współpracowników. Przez lata nagrywał z pomocą genialnych The Roots, a teraz na muzycznego przewodnika wybrał Kanye Westa, zaprzyjaźnionego producenta i rapera z Wietrznego Miasta. Trudno o lepszy wybór. Za te ciepłe, jazzujące podkłady, za to bogactwo soulowo-funkowych sampli niejeden z konkurentów Commona dałby sobie wymontować jacuzzi z willi na wzgórzach Beverly Hills.
Jeśli u Commona najważniejsza jest treść, u Missy Elliott wręcz przeciwnie. Ta barwna raperka, wokalistka, producentka, kompozytorka i autorka tekstów stawia przede wszystkim na brzmienie. Im bardziej futurystyczne i zakręcone, tym lepiej. Ona też zmieniła producentów. Dotychczas tworzyła niezawodny tandem z Timbalandem, ale na „The Cookbook” daje szansę młodszym adeptom konsolety, a ci równie dobrze wiedzą, jak stosować się do zaleceń szefowej kuchni. Wspólnym mianownikiem nowych dań Missy jest poczucie humoru i ukłon w stronę pionierów hip-hopu z początku lat 80. W warstwie tekstowej również inaczej niż u Commona. Częściej jest to frywolna zabawa słowem w oldskulowym duchu. Rzadziej miłość, raczej seks. I kto powiedział, że to kobiety mają w sobie więcej romantycznej wrażliwości?

Bartek Winczewski/ Przekrój

Common „Be”, Geffen Missy Elliott „The Cookbook”, Atlantic
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)