Miles na nowo

Fani już zaciągają kredyty: przez cały rok będą wychodzić nowe wydania płyt Milesa Davisa.


„A Tribute To Jack Johnson” to rzeczywiście (poza „Kind Of Blue”, które figuruje na szczycie większości poważnych zestawień jazzowych płyt wszech czasów) płyta świetna na pierwszy kontakt z mistrzem. O jej sile przypominam teraz, bo otwiera nowy cykl reedycji dorobku Davisa w barwach wytwórni Columbia, na nowo przygotowanych na bazie oryginalnych taśm. Serii wydawanej z okazji 50. rocznicy... podpisania przez Davisa kontraktu z Columbią. Pretekst wydaje się piekielnie głupi, ale to pozór. Bo jeśli ten kontrakt obowiązywał przez okrągłe 30 lat i zaowocował kilkudziesięcioma tytułami, to nie był to zwyczajny związek artysty z wytwórnią. To po pierwsze. Po drugie, przypomina się właśnie „Jack Johnson”, album nagrany jako ilustracja do filmu o tytułowym czarnoskórym bokserze, czempionie wagi ciężkiej z 1908 roku. Czarnym człowieku sukcesu, który jeździł drogimi samochodami i podrywał białe dziewczyny, otoczony zazdrością białych. W podobnie pionierskiej sytuacji – docenionego prestiżowo i finansowo czarnego artysty – znalazł się Davis w roku 1955. Przyszła do niego wielka wytwórnia, dała wolność twórczą i jeszcze zaproponowała, że będzie mu płacić pensję – niezależnie od liczby wydawanych nagrań.
Pozostałe z wydanych w tym tygodniu pierwszych ośmiu reedycji to nagrania z połowy lat 60., głównie koncertowe, spośród których w pierwszej kolejności warto zainteresować się kapitalnie zagranym koncertem „Miles In Berlin” oraz dwiema płytami z jednego występu z 1964 roku: „My Funny Valentine” (leniwe standardy i ballady) oraz „Four & More” (przeciwieństwo – tu znane z jego repertuaru nagrania Davis zagrał w szaleńczym tempie). Ale sposób opracowania wszystkich sprawia, że nawet pozornie niepotrzebna kompilacja „The Best Of Seven Steps” jest warta zauważenia – choćby ze względu na tekst Boba Blumenthala, który tłumaczy drogę do drugiego wielkiego kwintetu Davisa, w składzie z Ronem Carterem (kontrabas), Tonym Williamsem (perkusja), Wayne’em Shorterem (saksofon) i Herbiem Hancockiem (fortepian).
Określenie, że muzyka nieżyjącego od 14 lat Milesa Davisa jest wciąż żywa, ma nie tylko znaczenie przenośne. Ciągle pracuje nad nią sztab ludzi. W ostatnich latach strategia Columbii polegała na publikowaniu monstrualnych, wielopłytowych zestawów zawierających pełne sesje nagraniowe jego największych płyt. Macero kilkakrotnie interweniował. – Dlaczego wypuszczacie to gówno? – żalił się. I choć z jednej strony trudno go zrozumieć (wszak i kaszlnięcie Davisa to dobro kultury światowej), to jeśli popatrzeć z drugiej – sam Davis na pewno by się nie zgodził na taki proceder. Ucieszyłby się teraz, gdy firma wraca do odtwarzania – po bożemu – oryginalnych albumów.
Tym razem wspomniany sztab zastosował w procesie masteringu technologię DSD (Direct Stream Digital). Czym to skutkuje w praktyce? Płyty brzmią cieplej, a zarazem bardziej dynamicznie. Ale ostrzegam audiofilów: z pewnością komplet nagrań Davisa wyjdzie w końcu w formacie Super Audio CD, a dopiero ten wykorzystuje w pełni możliwości DSD. Więc nie po raz ostatni wydają na Davisa pieniądze.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Miles Davis: „A Tribute To Jack Johnson”, „My Funny Valentine”, „Four & More”, „Miles In Berlin”, „Miles In Europe”, „Miles In Tokyo”, „Seven Steps To Heaven”, „The Best Of Seven Steps 1963–1964”, Columbia

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)