Miasto gniewu

Film, który najpierw rozdrapuje rany, a potem łagodzi ból.
Los Angeles wcale nie jest Miastem Aniołów. To drapieżna metropolia, skonfliktowany, będący w ciągłym stanie wrzenia, wielorasowy i wielokulturowy tygiel. Ludzie żyją w napięciu, strachu i nienawiści wyrastającej z rasowych uprzedzeń.
Już dawno żaden amerykański film nie pokazał tych problemów, wzmocnionych jeszcze po 11 września, tak otwarcie i odważnie: biały policjant, wykorzystując swoją władzę, upokarza bogate czarne małżeństwo; dwóch czarnych złodziejaszków napada na białego prokuratora i jego żonę (ta z kolei pomiata meksykańską służącą). Irański sklepikarz podejrzewa portorykańskiego ślusarza o oszustwo, a prokuratura ma problem: nie może przyznać medalu dzielnemu glinie, bo nazywa się... Saddam. Polityczna poprawność w rękach urzędników zamienia się w narzędzie szantażu, a w rękach kolorowych mieszkańców – w niebezpieczną broń.
Paul Haggis krzyżuje drogi swoich bohaterów i splata ze sobą ich losy. Trochę tak, jak niegdyś Altman w „Na skróty” czy Paul Thomas Anderson w „Magnolii”. Nie tyle zresztą splata, ile – zgodnie z oryginalnym tytułem „Crash” – zderza. I to boleśnie.
Są w tym filmie sceny rewelacyjne i pewnie on sam w całości zasłużyłby na taki komplement, gdyby nie łagodny zwrot, który wiedzie „Miasto gniewu” na manowce. Błyskotliwa i wciągająca historia rozkręca się z rzadko spotykaną energią, a do tego obfituje w świetne, mocne sceny, ale nagle popada w sentymentalizm i efekciarstwo, które burzą jej wiarygodność. Mocne zderzenie zostaje złagodzone przez wielki scenariuszowy zderzak, a wszystko w imię papierowej, fikuśnej koncepcji, jakiegoś aptekarskiego myślenia, w którym wszystko musi się ładnie zgadzać i pasować do tezy, zamiast być prawdziwe. Jakby Paul Haggis zapomniał, że życie to nie puzzle układające się w zgrabny obrazek, i to jeszcze opatrzony pocieszającym morałem.
Jest to wszystko o tyle dziwne, że debiutujący „Miastem gniewu” reżyser to także scenarzysta świetnego oscarowego „Za wszelką cenę” Clinta Eastwooda, filmu ostentacyjnie wątpiącego w amerykański mit sukcesu. Tym razem jednak Haggis nie uwierzył chyba w zbawienną moc prowokacji i za wszelką cenę postanowił spuentować swój film zgodnie z zasadami tego, co przez większą jego część podważa i z czym polemizuje – politycznej poprawności. Być może to efekt czołowego zderzenia ambitnego artysty z hollywoodzką produkcyjną machiną. Tak czy owak jego film wyszedł z tego nieźle poturbowany.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

„Miasto gniewu”, reż. Paul Haggis, USA 2005, Monolith Plus

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)