Hotel

Moby’emu wyszła sterylna płyta – jak otoczenie, w którym mieszka, jak jego dom bez śladu kurzu i jak ten tytułowy hotel.
/ 13.04.2005 15:44

Jeśli wiecie, że Moby kocha „Simpsonów”, to jeszcze nie wszystko. On sam jest postacią rodem z kreskówki. Taką, która wygląda na wymyśloną, a nie na człowieka z krwi i kości. Dlaczego?
Podsumujmy: syn hipisów, którzy brali aktywny udział w Lecie Miłości, w wieku czterech lat poznał Johna Wayne’a, szybko nauczył się grać na prawie wszystkich instrumentach, grał w zespołach prawie wszystkie gatunki muzyki pop, został didżejem pionierem, punkiem, weganinem, specem od medytacji, magistrem filozofii, wspierał Amnesty International, World Wildlife Fund, Greenpeace i Johna Kerry’ego, a jakby tego było mało, sam Melville (autor „Moby Dicka” – stąd pseudonim Moby’ego) był jego przodkiem! To wszystko tak niewiarygodne, że Moby’ego – jakby był Simpsonem – nikt nie traktował poważnie. Aż wydał płytę „Play”. I bum! 10 milionów rozeszło się na całym świecie, a każda piosenka z albumu została sprzedana do jakiejś reklamy. Moby nie zmienił się bardzo, natomiast jego pozycja – tak. To, co dotychczas przyjmowano z pobłażaniem, teraz zaczyna budzić trwogę.
„Hotel” to zestaw monumentalny. Pierwsza płyta jest długa, pełna powtarzających się, nostalgicznych tematów, niby chilloutowa, ale na swój sposób wyczerpująca. W muzyce Moby’ego nie ma nawet natrętnie słyszalnych komercyjnych intencji – po prostu słychać w niej programowanie. Moby zbyt podniośle buduje melodie i zbytnio filozofuje (choćby, uznając tytułowy hotel za analogię ludzkiego życia), przez co jego muzyka przynosi krótkotrwałą przyjemność, ale nie ma mowy, żeby wyszła z tego głęboka miłość na długo. Na to jest za nudna. Wolę już dodatkową płytę zestawu, którą wypełniają – niby mimochodem nagrane – śliczne plamy odprężającej elektroniki w stylu ambient. Nudne z założenia i przynajmniej ani śladu pretensji!
David Bowie z okresu „berlińskiego”, gdy nagrywał hit „Heroes” pod kierunkiem Briana Eno, jest tu najbliższym punktem odniesienia – zresztą zgodnie z tym, na co powołuje się sam Moby. Tyle że w przypadku Bowiego genialny wokalista trafił na wizjonerskiego producenta i jeszcze spotkali się na niezwykłym kulturowo terenie Berlina Zachodniego. A tu mamy jednoosobową orkiestrę (Moby prawie wszystkie partie na płycie nagrał sam) grającą w jakimś wysprzątanym, nowoczesnym hotelu. Moby’emu wyszła sterylna płyta – jak otoczenie, w którym mieszka, jak jego dom bez śladu kurzu i jak ten tytułowy hotel. Stworzył muzykę rockową bez kantów. Na swój sposób kaleką, bo niedrażniący rock to wewnętrzna sprzeczność. A fakt, że muzyka jest okrągła, zdecydowanie nie musi oznaczać, że można jej na okrągło słuchać.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Moby „Hotel”, Mute

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)