Dola idola

Dziewczyna z „Idola” i juror z „Idola” – test porównawczy.
Gdy Maciej Maleńczuk przyszedł do poprzedniej edycji „Idola” – przyznając, że chce w programie promować siebie – przystąpił nieodwołalnie do tego samego wyścigu, co tysiące idolowych kandydatów. Dlatego pomysł zestawienia drugiego albumu Eweliny Flinty – jednej z niewielu idolowych postaci, które odniosły sukces na listach bestsellerów – z jego nową płytą przestaje być taki karkołomny.
Flinta dryfuje gdzieś pomiędzy popem i kolorowymi pismami o urodzie a Przystankiem Woodstock i rockową publicznością, która – gdyby nie „Idol” – może by w niej zaczęła widzieć jakąś drugą Nosowską albo chociaż drugą Kowalską z początków kariery (z drugiej strony, gdyby nie „Idol”, o Flincie wiedziałoby dziś mniej osób). Niestety, Flinta ma też zespół, który składa się chyba z jakichś niedobitków rockowych lat 80. w muzyce, bo dominuje w nim etos solówek, popisów, ornamentów i dodatków. Sekret aranżacji jest dla nich czymś takim, jak dla chrześcijan tajemnica Trójcy Świętej – wierzą, że coś takiego jest (wpisali przecież do książeczki: „aranżacja: zespół”). W praktyce polega to na tym, że albo wszyscy grają naraz, albo nie gra nikt. Piosenki są szablonowe, poprockowe, ale nieodrzucające, ba, mają na ogół chwytliwe refreny.
Sama Ewelina ma wiele atutów: intrygujący głos, zaangażowanie, dobre chęci. I wzbudza sympatię. W przeciwieństwie do Maleńczuka, który kontakt z publicznością buduje dziś na arogancji, artystycznym wywyższeniu, zamknięciu w świecie swych dobrych, ale znanych już tekstów oraz piosenek, które zepsuć niepodobna. Ale niepodobna też wciąż wydawać na nowo. Ten album, prosty koncert z gitarą akustyczną, to bowiem bezpieczna ucieczka na okopane pozycje ulicznego barda. Przewrotnie reklamowana jest tak: „Zamiast odcinać kupony od sławy, Maleńczuk postanowił powrócić do swoich źródeł”. Czyli co? Wykonuje na nowo przeboje znane głównie z „Pana Maleńczuka”. Zaprezentował coś nowego? Nie. Innymi słowy: jednak odcina kupony.
Ewelinie – jak wielu idolowcom – brakuje pewności siebie i charyzmy. Gdyby sprzedawali tę ostatnią w sklepach, to niejeden z idolowców oddałby nerkę, żeby ją dostać. Maleńczuk ma charyzmę od urodzenia, choć szacunku do słuchacza i cierpliwości, która może przynieść jakieś kolejne arcydzieło, zaczyna mu brakować. Liczę na nową płytę Homo Twist, ale dziś Maleńczuk i Flinta mijają się w pół drogi i wygląda na to, że razem daliby idola idealnego.
Aha, sorry, Maciek, ale dajemy zdjęcie Flinty, bo jest ładniejsza.

Bartek Chaciński/ Przekrój

Ewelina Flinta „Nie znasz mnie”, BMG Poland
Maleńczuk „Proste historie”, Polskie Radio

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)