Czułość pamięci

Szukacie książki niepodobnej do żadnej innej? Przeczytajcie Sebalda.

Mamy braki w światowej literaturze. Ale od kwietnia, mam nadzieję, nikt już nie będzie pytał: A któż to taki W.G. Sebald? W Polsce o tym pisarzu mało kto słyszał, chociaż kilka lat temu ukazało się jego „Czuję. Zawrót głowy”.
Teraz dostajemy do rąk jedną z najważniejszych jego książek „Wyjechali”, która przyniosła mu sławę i miano „mistrza melancholii i niespokojnej pamięci”.
Dziwna to proza. Niczego nie przypomina. A to dlatego, że Sebald (posługujący się tylko inicjałami nielubianych imion Winfried Georg) wymyślił swój własny gatunek ni to powieści, ni eseju, ni autobiografii, a w dodatku tekst poprzetykał zdjęciami. Podobno zawsze spacerował z aparatem. Miał więcej wątpliwości co do pisania niż siły fotografii – unieruchomienia czasu. W tej książce wędruje po zakątkach Anglii, Szwajcarii, Niemiec, Francji i Ameryki. Wszędzie tam, gdzie prowadzą go losy bohaterów. Znajdziemy tu bowiem cztery portrety osób, które znał, wygnańców, ale nie tylko Żydów. Jest wśród nich malarz, który uciekł z Niemiec w latach 40., Żyd z Grodna, nauczyciel z niemieckiego miasteczka i wreszcie amerykański wuj autora Ambrose Adelwarth.
Sebald podobno uważał się bardziej za zbieracza niż za pisarza: przykładał wielką wagę do konkretu. W dokumentowaniu pamięci ocalonych jest bliski Henrykowi Grynbergowi, choćby w powieści „Austerlitz” bohaterem uczynił dziecko, które uciekło z transportu.
Jednak tylko przymus ocalania pamięci łączy tych pisarzy. „Wyjechali” nie dotyczy wojny. Przenosimy się na początek wieku. Kiedy przemierzamy Nowy Jork czasów prohibicji, Lower East Side, dzielnicę imigrantów z Europy, kiedy wchodzimy do hoteli francuskich w roku 1913 i otaczają nas z pietyzmem oddane szczegóły: materiały i przedmioty, mamy wrażenie, że czytamy powieść. Każdy z bohaterów niesie w sobie jakąś tajemnicę. Wszyscy oni umierają, nie dając sobie rady z własną pamięcią, przeszłością. Wuj, nienaganny majordomus, uważał, że wspomnienia są czymś w rodzaju głupoty, pod koniec życia zaś stał się wcieleniem bólu. Wszystkie postacie są też pokazane z niewypowiedzianą czułością – taką, jaką znajdujemy w największej literaturze. „Tak więc zmarli powracają” – czytamy. Wielu pisarzy próbuje ożywiać przeszłość, ale to właśnie Sebald znalazł tajemny sposób, jak ją stwarzać z drobin, z pyłu, ze słów.
Sebald częściowo dzieli los swoich bohaterów, sam należy do dobrowolnych wygnańców. Wyjechał z Niemiec do Anglii w 1966 roku. Duży wpływ na tę decyzję miał stosunek Niemców do wojny i Zagłady. Na każdym kroku widział zapomnienie, wykreśloną przeszłość.
Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem milczenia: ojciec, oficer niemiecki, brał udział w wojnie, ale nigdy o niej nie opowiadał. Narrator „Wyjechali”, szukając śladów w Niemczech, z niechęcią zauważa „zręczność, z jaką przeszłość została zatarta”. Sebald wyjechał pracować na uniwersytecie w Manchesterze, najpierw pisał rozprawy o literaturze i dopiero na początku lat 90. sam zajął się literaturą. Powstało kilka głośnych książek, które, mam nadzieję, poznamy niebawem. Jego błyskotliwa światowa kariera literacka nie trwała długo – w 2001 roku zginął w wypadku samochodowym.
„Wyjechali” nie jest książką, którą się połyka. Lepiej powoli dać się nieść tokowi narracji, nieco staroświeckiej, chłodnej i jak u najlepszych stylistów – nieprzewidywalnej. Niewiele przyjemności może się równać z odkrywaniem dla siebie pisarza, w dodatku tak wspaniale przełożonego. I właśnie taką przyjemność mają państwo przed sobą.

Justyna Sobolewska/ Przekrój

W.G. Sebald „Wyjechali”, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, W.A.B., Warszawa 2005

Tagi: książka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)