Kwiaty w kwiaciarni fot. Pani Kwiatkowska

Praca to jej hobby. Historia florystki z Gliwic

Gdyby musiała zdecydować się tylko na jedną rzecz do zabrania gdzieś daleko, miałaby problem. Bo zabrać trzeba i drzewko oliwne, jak również zioła i eukaliptus. Dalię i lwią paszczę. No i oczywiście Fifkę, swojego psa, do którego uśmiecha się najbardziej na świecie.
/ 01.10.2016 13:12
Kwiaty w kwiaciarni fot. Pani Kwiatkowska

Nie przepada za różami i idealnymi kwiatami hodowlanymi. Wybiera te rzadkie, odepchnięte, niechciane i ulotne. I przemienia w piękno. Nie bez przyczyny nazywa się przecież Pani Kwiatkowska. Z pochodzenia jest warszawianką, ale jej serce wiele lat temu pofrunęło na Śląsk, gdzie przylgnęło do starych gliwickich murów i zapuściło korzenie. Tak jak kwiaty i rośliny w jej bardzo nietypowej pracowni.


Fot. Joanna Kępa Fotografia

Kryje się „za zieleniną”. Na selfie od siebie samej zdecydowanie woli łodygi, liście, trawy, paprocie. Oddycha zielonym, zielonym żyje i gdyby musiała zdecydować się tylko na jedną rzecz do zabrania gdzieś daleko, miałaby problem. Bo gdziekolwiek by nie wyjechała, równie potrzebne byłoby Pani Kwiatkowskiej drzewko oliwne, jak również zioła i eukaliptus (tak pachną nieziemsko), dalia i lwia paszcza (prezentują się równie zadziornie jak brzmią). I na pewno, na 100 procent zabrałaby ze sobą Fifkę, swojego psa, do którego uśmiecha się najbardziej na świecie. Nie tylko dlatego, że specjalnie dla Fifki plecie wianki. Tak, o Pani Kwiatkowskiej można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest zwyczajną kwiaciarką.


Fot. Joanna Kępa Fotografia

Kobieta pracująca

Kiedy kończyła Filologię Niemiecką w Wyższej Szkole Języków Obcych w Warszawie, miała inne plany na życie i gdyby ktoś powiedział jej, że zamieni stolicę na Śląsk, a plany zawodowe sprowadzi do nasion, cebulek, kwiatów i giełdy kwiatowej, parsknęłaby śmiechem. Tymczasem mija dziewiąty rok od kiedy układa, sadzi, podlewa, dogląda i czaruje „zielonym” na jednej z małych gliwickich ulic.
Mała Pani Kwiatkowska chwaliła się wprawdzie, że jak urośnie to dostanie od taty własną kwiaciarnię, jednak mało kto wierzył w to dziecinne planowanie. Kiedy dzisiaj wspomina jednak swoje początki w branży kwiaciarskiej, przyznaje, że gdyby nie pewna doza szaleństwa, pewnie nigdy Panią Kwiatkowską by nie została. Bo przy tworzeniu i prowadzeniu własnej kwiaciarni zniechęcić może wszystko. Od znalezienia i wynajmu odpowiedniego lokalu przez zdobycie niezbędnych pozwoleń, aż po sprowadzanie rzadkich gatunków kwiatów i odróżnienie się od konkurencji. Bo takich zwykłych, typowych kwiaciarni jest równie dużo jak kiosków ruchu.

Jesień to dobra pora, aby zacząć od nowa. O urokach życia na wsi

Roślinna sztuka

Marzyła o miejscu szczególnym. Gdzie poza samymi bukietami, cebulkami i zamówieniami specjalnymi będzie mogła tworzyć roślinną sztukę i łączyć lokalną społeczność. Marzyła jej się zielona komuna lub chociażby spółdzielnia, w której poza zamawianiem bukietów na rodzinne uroczystości będzie można usiąść, wypić kawę i stworzyć coś wyjątkowego. Dziś do Pani Kwiatkowskiej można przyjść na warsztaty z plecenia wianków, szydełkowania czy wyplatania koszy. Niemal codziennie pojawia się pomysł na nowe zajęcia, czy spotkania.
– Od zawsze chciałam stworzyć zieloną społeczność, coś na podobieństwo wspólnoty, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Bo zdecydowanie jestem tzw. zwierzakiem warsztatowym. Uwielbiam wspólne dzierganie, rozmowy. Lubię zmyślną kooperatywę - mówi Pani Kwiatkowska.

W Gliwicach słynne są jej akcje np. nauka plecenia wianków za karmę dla bezdomnych zwierząt. Robi też koszulki, torby i inne gadżety, z których zysk często przeznacza dla kogoś w potrzebie.


Fot. Joanna Kępa Fotografia

Idzie jesień

Ale jak bardzo dużym wysiłkiem okupiona jest praca florystki wie tylko ona. Żeby zdążyć na giełdę kwiatową, trzeba wstać skoro świt, a niekiedy i wcześniej. Do tego dochodzi dźwiganie nasion i ziemi i nieustanne marznięcie. Bo przecież rośliny są najważniejsze. Klimatyzacja chodzi więc non-stop. Bolą ręce, boli gardło i nawet latem trzeba chodzić w szaliku. Pomimo to Pani Kwiatkowska nie zamieniłaby swojej pracowni na nic innego. Nie dla niej powierzchnia biurowa i nowoczesne, przeszklone apartamenty. Najlepiej czuje się właśnie przy ul. Moniuszki. W murach po dawnym warsztacie motocyklowym, a później maglu. To tu, w przedwojennej atmosferze stworzyła miejsce niezwykłe na mapie całego Śląska. Nieodłączną częścią Pani Kwiatkowskiej i jej pracowni jest oczywiście ukochana Fifka, która należy do ekipy działu promocji i często pozuje w wiankach na różnego rodzaju wydarzeniach. Pewnie to sprawia, że Fifka jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych psów na gliwickich ulicach.


Fot. Joanna Kępa Fotografia

Pani Kwiatkowska kocha Fifkę, rośliny, ale kocha też wszystkie zwierzęta, dlatego już dawno, dawno temu zrezygnowała z jedzenia mięsa.
– Krowy to jedne z moich ulubionych zwierząt, nie wyobrażam sobie, że mogłabym je jeść - tłumaczy.
Śmieje się, że zmienia się zgodnie z porami roku. Na przykład teraz z kwiaciarni stacjonarnej zmienia się w pracownię. Szykuje się dużo roślinnych warsztatów. Idzie nowe pod każdym względem, a w powietrzu pachnie dalią, królową późnego lata i jesieni. I chryzantemą, która jak zapewnia Pani Kwiatkowska ma wiele twarzy i bardzo niesprawiedliwie kojarzy się tylko z kwiatem cmentarnym.
– Chryzantema ma tak wiele odmian. Od wielkich, limonkowo-zielonych „pająków” po małe ping-pongowe kuleczki. Można z niej tworzyć cuda.


Fot. Joanna Kępa Fotografia

Poznajcie Aspena, 4-letniego psa podróżnika, który podbił serca 190 tys. instagramowiczów