Zielony koń

Kajakarze widzą znaczek metalowego konika, gdy płynąc szlakiem Krutyni, wpływają do rzeczki Sobiepanki.
 
Na Mazurach, w Borowskim Lesie, teren jest pagórkowaty, a droga wąska, tylko na jeden pojazd. By przejechać nią bezpiecznie, trzeba trąbić, bo nigdy nie wiadomo, czy za wzniesieniem tą samą drogą nie jedzie wóz albo nie biegnie koń. Nie wiadomo też, jaki widok otworzy się przed nami. Za pierwszym pagórkiem jest poręba, za drugim las, za trzecim łąka pełna żółtych mleczy, wreszcie za czwartą górką gospodarstwo wybudowane z kamienia: dom, stajnie, stodoła.

Kasia i Krzysiek Hanke mieszkają tu od 15 lat. Na początku w warunkach spartańskich. Dom miał dwie izby „bez wygód”. Woda do mycia płynęła w rzeczce (100 m), woda do picia w źródełku (250 m). W domu troje małych dzieci, w stajni konie. Tylko jednego dnia trzeba było przynieść kilkanaście wiader wody. Ręce odpadały. Takich niedogodności było dużo, dużo więcej, a jednak, gdy tylko zaczynała się wiosna, zjeżdżali się goście. Na święta wielkanocne, na majówkę, na wakacje. Wszystko przez „te borowskie lasy”, przez ogród, który ma kilkanaście hektarów – jezioro i rzeczkę, łąki i lasy.



Dziś dom jest wyremontowany, ma mieszkanie „z wygodami” i kilkanaście pokoi do wynajęcia. Wszystkie elementy ogrodu zrobione są z naturalnych materiałów – drewna i kamieni – przez gospodarza z pomocą okolicznych majstrów. I nie bez przyczyny posiadłość nosi nazwę Zielony koń. Konie są tu najważniejsze i wiele ogrodowych elementów pojawiło się z ich powodu. Przed domem, na dużym trawniku, pod kwitnącymi jabłonkami stoją stoły. Jabłonki to stare odmiany, które owocują, a więc i kwitną, co dwa lata. Wystarczyło, sprawdzoną metodą, jednego roku oberwać kwiaty z połowy drzewek. Od tej pory raz kwitnie prawa strona „sadu”, następnego roku lewa. A jabłka są każdej jesieni. Nie są najsmaczniejsze, ale dzieci uwielbiają je zbierać, żeby karmić nimi konie.

Trawnik ogrodzony jest drewnianym płotem, który ochrania ziemię przed kopytami. Przy drewnianych żerdziach zwierzęta siodła się i czyści po jeździe. Obok, na samym środku placu, stoi zadaszona studnia – woda do pojenia potrzebna jest na okrągło. Dalej, pod stodołą, bryczka do przejażdżek, dla dzieci huśtawki w kształcie koników. Małe płotki pod domem pojawiły się wtedy, gdy któregoś dnia konie zjadły gospodyni wszystkie kwiaty z ogródka. Na niewielkim wzniesieniu za domem jest grill pod dachem. Bardzo duży, w deszczowe dni każdy się tu zmieści. Kilka kroków dalej, za kolejnym pagórkiem, jezioro, nad nim pomost do łowienia ryb i przystań dla kajakarzy. Zejście do wody jest szerokie i zawsze powinno zostawać wolne, kajaki lepiej cumować z boku, bo wieczorami całe stado koni pędzi pławić się w wodzie. Kto nie widział, niech żałuje.
A z drugiej strony domu, nad rzeczką, stoi mały domek z bali. To prawdziwa ruska bania, w której ciepło trzymają nagrzane ogniem wielkie kamienie, a polane wodą parują. Dziś sauna często jest wykorzystywana jako dodatkowy domek, gdy gości nie ma gdzie pomieścić.



Tekst i stylizacja Marta Suchodolska
Zdjęcia Rafał Lipski
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)