Kraina łagodności

Krajobraz jak z bajki. Na rabatach mienią się feerią barw wiejskie kwiaty. Sosnowy dwór nie przepadł pośród dziejowych burz.
 
Za nami został zgiełk i chaos wielkiego miasta. Znajdujemy się w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. W oddali srebrzy się rzeka Świder. Szukamy ostatniej wskazówki, która pokaże nam drogę do dworu. Wreszcie jest – urocza kapliczka w staromazowieckim stylu ufundowana w 1936 roku przez Halinę i Karola Szlenkierów, rodziców obecnego właściciela dworu. Stąd już niedaleko.
Prosto z asfaltowej drogi wjeżdżamy przez otwartą bramę na teren posiadłości. Tu, ukryty wśród drzew, stoi drewniany dwór obrośnięty winobluszczem. Krajobraz jak z bajki. Na rabatach mienią się feerią barw wiejskie kwiaty. Z tyłu trzy duże stawy poprzecinane groblą. Dookoła cisza przerywana jedynie leniwym bzykaniem pszczół. I jeszcze ten zapach kwitnących lip! Autentyczny krajobraz wsi polskiej. Klimat, za którym chyba każdy z nas podświadomie tęskni... Tu nakręcono większość scen plenerowych do filmu, "Panny z Wilka” Andrzeja Wajdy.
Właścicielka dworu – pani Maria – i liczna rodzina (następnego dnia we dworze odbędzie się zjazd rodu) z rezerwą podchodzą do naszego pomysłu zrealizowania sesji dla gazety. Nie chcą rozgłosu, z goryczą opowiadają o przypadkowych turystach traktujących ich posiadłość jak skansen. – To niemiłe być postrzeganym jak muzealny eksponat – tłumaczą. Szanując decyzję gospodarzy, gotowi jesteśmy się wycofać, ale w tej samej chwili zostajemy zaproszeni na... obiad. Przy stole lody topnieją. Wraz z deserem nadchodzi dobra wiadomość, pan Ksawery Szlenkier – senior rodu – wyraża zgodę na zdjęcia.
W altanie ocienionej dorodną winoroślą zasiadamy w wygodnych wiklinowych fotelach. Gospodarz zaczyna długą, barwną opowieść o dramatycznej niekiedy historii domostwa.
Nie zachowały się księgi wieczyste, dlatego trudno precyzyjnie ustalić lata budowy. Wskazówką są odkryte w czasie remontu kute ręcznie gwoździe.
To one dowodzą, że posiadłość może mieć nawet 300 lat. W rękach rodziny Szlenkierów jest ponad 100 lat. W roku 1900 dwór i około 10 hektarów ziemi kupił dziadek pana Ksawerego – Mieczysław Pfeiffer, znany warszawski garbarz. Do II wojny światowej traktowano to miejsce jako posiadłość letnią.

W czasie okupacji do dworu wtargnęli Sowieci, wystawili wszystkie meble na zewnątrz i kazali je zabrać mieszkańcom pobliskiej wsi. Dworskie pokoje wysłali słomą i zamienili na koszary.
Zdewastowane pomieszczenia, potłuczona porcelana, zniszczone książki. Kiedy po wojnie pan Ksawery wrócił do dworu, prawie nie poznał ukochanego miejsca. Wtedy właśnie postawił sobie za cel odtworzenie, na ile to możliwe, przedwojennego klimatu.
Mieszkańcy wsi solidarnie oddali większość mebli i pamiątek rodzinnych. Zniszczone kolumny ganku, lamusa i oficynki pan Ksawery wytoczył na zbudowanej własnoręcznie w tym celu tokarni. Łącznie – osiemnaście kolumn. Również pokrycia gontowe dachu zostały wykonane na maszynach jego produkcji. Przez długi czas przywracał dawną świetność dworu. Sklejał porcelanę, montował fragment po fragmencie secesyjny żyrandol, którego części wyłowił z... latryny.
Nasze zdziwienie dla jego poświęcenia i determinacji pan Ksawery kwituje z uśmiechem jednym zdaniem: – Czego się nie robi z pietyzmu do przedwojennej tradycji polskiej.
Kilka lat temu odnalazły się nawet stare mosiężne klamki, które przed pierwszą wojną światową (!) dziadek gospodarza w obawie przed Niemcami wyjął z drzwi i ukrył w nieznanym miejscu. Zaraz potem umarł na hiszpankę. Kiedy 10 lat temu pan Ksawery porządkował strych, zauważył w glinianej polepie niewielki kopczyk. W nim ukryte były owe klamki, o których cała rodzina zdążyła już zapomnieć. Prawie po stu latach znowu zdobią dworskie drzwi.
W latach sześćdziesiątych XX wieku dwór zelektryfikowano, potem założono w części pomieszczeń centralne ogrzewanie – dzięki temu można tu mieszkać przez cały rok. Na tym kończą się dobrodziejstwa cywilizacyjne. No! Może nie licząc ukrytej wśród winorośli anteny satelitarnej.
Pielęgnowanie więzi rodzinnych i kultywowanie tradycji to w domu państwa Szlenkierów rzecz święta. We dworze wychowało się już kilka pokoleń. Wszyscy wracają tu jak do praźródła, zwłaszcza młodzi cenią spokój i stałość tego miejsca. Przyjeżdżają choć na chwilę, odpocząć w cieniu lip, napić się dziadkowej nalewki. Tu, łatwiej niż gdziekolwiek, oddzielić im sacrum od profanum...

Tekst i stylizacja Agnieszka Osak-Rejmer
Zdjęcia Piotr Rejmer
Asystent fotografa Andrzej Belina Brzozowski

 
 
 
 
 
 
 
 
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/13 lat temu
pewnie miało byc jak w starym dworku, a wyszlo jak widać- tandetnie , bezgustnie, sknocono tak piekne wnetrza.Mieszkanie na wsi nie musi oznaczac total bezguscia! Jestem fanka "starego stylu" i aż mi serce pęka gdy widzę tak upstrzone stare wnętrza...