Magdaleny Piekorz sen o kochaniu

Niedawno rozstała się z mężczyzną. Ale czuje, że w jej życiu na wszystko jest jeszcze czas. I na robienie filmów, i na rodzinę. Jedno wie na pewno. Nie można przespać życia i miłości, jak to się przydarzyło bohaterom jej ostatniego filmu – „Senność”.
/ 27.03.2014 15:17
– Nakręciłaś „Senność”. Ktoś pomyśli: dobry tytuł, od premiery Twoich „Pręg” minęły cztery lata, zgarnęłaś nagrody i poszłaś spać?
Magdalena Piekorz:
O nie, ja po „Pręgach” się dopiero rozbudziłam. Wcześniej realizowałam filmy dokumentalne i miałam nadzieję, że ten mój debiut na dobre otworzy mi drzwi do fabuły. Po Gdyni urosły mi skrzydła. Rozpędziłam się przecież, powiedziałam coś światu, aż tu nagle napotkałam mur. Choć na swoje scenariusze dostawałam 50, a zdarzyło się, że i 70 procent dofinansowania (z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej – przyp. red.), to jednak okazywało się, że nie ma żadnej siły, by zdobyć pozostałe środki. Walczyłam jak szalona i coraz mocniej rozbijałam głowę. „Senność” to po „Pręgach” mój piąty projekt. Dopiero ten udało mi się zrealizować.

– Jakiej trzeba siły, żeby wytrwać? Wciąż od nowa pukać do kolejnych drzwi?
Magdalena Piekorz:
Najtrudniejsze były dwa pierwsze lata. Były momenty, kiedy czułam się kompletnie bezsilna, bezradna. Myślałam nawet: „Te gdyńskie Złote Lwy to chyba jakaś kara”, bo spotykałam się z dziwnymi reakcjami: „Pani Magdo, dlaczego pani jest taka zachłanna? Zrobiła pani film, dostała nagrody. Trzeba teraz trochę odczekać. Dać szansę innym”. A we mnie krzyczało: „Jak to odczekać? Chcę pracować”. Każdego dnia, jak to się mówi, chodziłam za pieniędzmi. Każdy tak sobie organizowałam, żeby mieć po trzy, nawet cztery spotkania. Czasem rozmowy ciągnęły się pół roku i nic. W końcu odpuściłam, zrezygnowałam z wynajmowania mieszkania w Warszawie, wyjechałam do domu na Śląsk. Zamknęłam się tam i postanowiłam pisać doktorat. Żeby się nie pogubić, zaczęłam pracować na pół etatu na uczelni. Prowadziłam ze studentami zajęcia z reżyserii i to była jakaś forma przetrwania. Dzięki temu poznałam fantastycznych młodych ludzi. Dziś pracują ze mną na planie.

– Z tego żyłaś? Z nauczycielskiej pensji? Niewiele pewnie wypiłaś przez te lata szampana?
Magdalena Piekorz:
Trochę pomagała mi mama, choć wiem, że to ja powinnam pomagać jej. Robiłam mniejsze rzeczy. Pisałam felietony do gazet, nakręciłam dokument, wyreżyserowałam sztukę „Techniki negocjacyjne” w Teatrze Telewizji, spektakl „Łucja szalona” w krakowskim Teatrze imienia Słowackiego. Z pomocą pani wicemarszałek Senatu Krystyny Bochenek udało się zaprosić osobowości świata kultury i polityki – od Kamila Durczoka, Artura Rojka, po samego premiera Jerzego Buzka – by wzięły udział w charytatywnym spektaklu „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” – na rzecz Hospicjum Cordis w Mysłowicach. Jakoś dawałam sobie radę. Ale nie będę ukrywać, że bywało ciężko.


– Z czym najtrudniej?
Magdalena Piekorz:
Nigdy nie powiem, że Śląsk jest prowincją, ale uważam, że trudniej zaistnieć, kiedy się nie jest z Warszawy. Przebiłam się. Poczułam, jaki smak ma sukces. A potem przyszło poczucie osamotnienia. Mama zbiera wszystkie wycinki z prasy, jakie ukazują się na mój temat. Wykleiła osiem wielkich albumów z samych „Pręg”. I po tamtej ogromnej fali wywiadów nagle poczułam, jakby świat się ode mnie odwrócił. Zamilkły telefony. Nie mówię, że to jest najważniejsze, jest celem samym w sobie. Ale jednak buduje wiarę w sens tego, co się robi. Dlatego nagrody są ważne. Złote Lwy, które w 2004 roku otrzymałam za „Pręgi”, traktowałam jak zobowiązanie. Wydawało mi się, że zaraz zrobię kolejny film, bo ta nagroda to znak, że powinnam. A potem zrozumiałam, że jestem tylko częścią medialnego biznesu. Przez cały ten czas namawiałam Wojtka Kuczoka, żeby napisał kolejny projekt. W końcu zadzwonił i usłyszałam: „Mam. Historię o ludziach, którzy żyją jak w letargu. I w pewnym momencie orientują się, że coś właśnie bezpowrotnie przespali”. I to była „Senność”. A potem Krzysztof Zanussi po raz drugi w życiu wyciągnął do mnie rękę. Spodobał mu się nasz pomysł. Bez finansowego wsparcia jego studia TOR i Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej nic by się nie udało.

– Musisz być uparta.
Magdalena Piekorz:
W liceum mówiono: „No nie, Magda znowu coś wymyśliła”. Wiem, że wiele osób patrzyło na mnie z przymrużeniem oka: „To ta wariatka, przez którą znów coś trzeba będzie robić po lekcjach”. Ale fakt, że odkąd pamiętam, miałam dar przekonywania. Naszego nauczyciela języka polskiego, doktora Jacka Żywota, potrafiłam namówić, żeby po lekcjach pojechał na wieś do znajomych po siano, bo potrzebujemy go bezwzględnie do stajenki. Byłam chyba głównym organizatorem wszelkich szkolnych imprez. Wynikało to z ogromnej potrzeby robienia czegoś, co wydawało mi się istotne, choć czasem pewnie pod prąd.

– Kto Cię nauczył, by mieć odwagę?
Magdalena Piekorz:
Pamiętam, jak z mamą siedziałyśmy na promenadzie w Świnoujściu. Jeździłyśmy tam co rok. Zawsze lubiłyśmy obserwować ludzi. Patrzyłyśmy tak na przesuwający się przed nami kolorowy tłum, a mama mówiła: „No i powiedz, Magdusiu, jak ty myślisz, kim jest ta pani?” i ja zgadywałam. Na co babcia wtrącała: „To teraz idź, przedstaw się i sprawdź”. Starałam się zawsze miło zapytać: „Przepraszam, pani tak ślicznie wygląda, czy pani jest aktorką?”. Byłam bardzo odważną dziewczynką. Do tego stopnia, że jak można było wygrać w jakimś konkursie piłkę, to chociaż strasznie fałszowałam, szłam i śpiewałam. Wyrosłam w domu kochających się ludzi i myślę, że to miało na mnie ogromny wpływ. Kiedy mam dylemat, zawsze radzę się mamy. Została mi ona, bo babcia, niestety, nie żyje. Babcia Tenia zaraziła mnie miłością do teatru. Tata też odszedł. Byłam z nim bardzo związana. Dwa miesiące po premierze „Pręg” zmarł nagle na wylew. To on zabrał mnie na pierwszy film w dzieciństwie. „King Kong” z piękną Jessicą Lange. Byłam bardzo wzruszona. A tata uwielbiał filmy przygodowe i zawsze wierzył, że zostanę reżyserem.


– Ale Ty przecież marzyłaś, że będziesz aktorką.
Magdalena Piekorz:
Wiele lat. Zdawałam trzy razy do różnych szkół, bez powodzenia. Dziś wiem, że jako aktorka nie byłabym szczęśliwa. Czytając scenariusz, mam takie poczucie, że mogę w coś tchnąć życie, i to jest niesamowite. A potem jadę samochodem, pociągiem, wyglądam przez okno i nagle myślę sobie: „To miejsce muszę mieć w filmie”. Wchodzę gdzieś i czuję: „To wnętrze będzie idealne”. Wsłuchuję się w głosy aktorów, bo one muszą do siebie pasować. Hanna Krall powiedziała mi kiedyś: „Szczegóły są bardzo ważne, bo to one budują świat”. I taka jest prawda. Patrzę na detale, drobne gesty. Potem staram się ogarnąć całość: przestrzeń, muzykę, grę aktorów. A aktorstwo jest cholernie trudnym zawodem. Robiąc film, wywalam całe swoje serce, ale potem chowam się za ekranem. Aktor całkowicie się obnaża. Ten zawód ma w siebie wpisany pewien rodzaj ekshibicjonizmu. I wymaga od reżysera czułości. Kocham swoich aktorów.

– Uważaj, bo zaraz ktoś powie, że kochasz Michała Żebrowskiego. Gra we wszystkich Twoich projektach.
Magdalena Piekorz:
Z Michałem pracuję od lat. I dla mnie on jest amantem naszych czasów. Tak jak kiedyś Zbyszek Cybulski. Ma talent, głos, urodę i jest niesamowicie pracowity, a to wszystko czyni z niego artystę. Dostał scenariusz „Senności” jako pierwszy i miał możliwość wybrania sobie roli. Po cichu z Wojtkiem Kuczokiem mieliśmy nadzieję, że zechce zagrać męża Róży. Choć jest to postać drugiego planu, do tego bardzo negatywna. Ją właśnie wybrał. Uwielbiam pracować z Michałem. Po całym dniu prób potrafi zadzwonić jeszcze wieczorem z kolejnymi dziesięcioma pytaniami. Lubię to, bo jestem taka sama. Jeśli będę kręciła następny film, „Hotel – park”, też widzę tam dla niego miejsce. Kocham aktorów, nie kocham się w nich (śmiech).

– Jest w Tobie samej jakieś aktorskie niespełnienie? Zadra, że to nie Ty jednak stoisz na scenie?
Magdalena Piekorz:
Nie ma niespełnienia, ale rzeczywiście dwa razy bardzo zazdrościłam aktorce jej roli. Basi Kurzaj, która grała u mnie Łucję szaloną. Kiedy po spektaklu Michał Żebrowski powiedział: „Jakbym ciebie zobaczył na scenie”, mogłam się tylko zawstydzić. Bo ta bohaterka nosi wszelkie cechy mojego charakteru. Nie rozpalam ogniska w swoim pokoju, ale rozumiem ją całą sobą. Druga rola – kobiety chorej na narkolepsję, która kocha i podejrzewa męża o zdradę – to Róża z „Senności”. Małgosia Kożuchowska zagrała naprawdę genialnie studium podejrzliwości.

– Opowiedziałaś już historię o niezdolności do miłości. Teraz jest film o jej poszukiwaniu. Ty swoją miłość znalazłaś?
Magdalena Piekorz:
No cóż. „Pręgi” miały w sobie euforię. „Senność” jest gorzka. To film o wiele bardziej dojrzały. Mówi o tym, że ludzie z czasem pozbywają się złudzeń. Sama też się ich przez ostatnie cztery lata po części pozbyłam. Równocześnie nie przestałam wierzyć, że to jest mój zawód. I ufam w opatrzność. Tłumaczę sobie, że może do tamtych projektów zwyczajnie nie dojrzałam i tak miało być? Czuję, że w moim życiu na wszystko jest czas. Byłam niedawno w związku, nie udało się, nie poukładało, ale nigdy nie będę myślała o sobie jak o kobiecie samotnej. Bo jedni spotykają partnera na życie w wieku lat osiemnastu, a inni po czterdziestce. Ja mam dopiero trzydzieści cztery. Wiem, że nie jest łatwo mężczyźnie z taką kobietą jak ja. Pewnie często patrzą na mnie i myślą: reżyser dowódca. Trzeba chęci i uczucia, by pokazać, że życie to nie scena. Bardzo chciałabym mieć własną rodzinę. Kilka lat wstecz raczej byś tego ode mnie nie usłyszała, a teraz? Teraz myślę, może powinnam mieć dziecko, żeby zrobić kolejny film? Dojrzeć, znów trochę dorosnąć, pójść do przodu. Nie chciałabym niczego w swoim życiu przespać.

Rozmawiała Monika Kotowska
Zdjęcia Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Stylizacja Andrzej Sobolewski
Makijaż Kasia Rogacewicz
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Produkcja Elżbieta Czaja

Redakcja poleca

REKLAMA