Wszystko zaczęło się od zupełnie zwyczajnej wiadomości na grupie dla rodziców na komunikatorze. Był początek października, a w powietrzu czuć było już jesień – kasztany pod nogami, dzieci zawinięte w szaliki, wieczory coraz dłuższe. Moja córka, Hania, właśnie zaczynała czwartą klasę w nowej szkole. Zmiana wychowawczyni, nowe twarze w klasie, nowe znajomości dla dzieci i… dla nas, rodziców.
WIDEO…
Ja sama czułam się trochę zagubiona, bo w poprzedniej szkole byłam już „weteranką”, a tu wszystko poznawałam od nowa. Jednak jedno się nie zmieniło – niekończące się zbiórki na komitety, kwiaty, materiały plastyczne czy wycieczki. Zwykle po prostu płaciłam i nie wnikałam, ale tym razem coś mnie tknęło.
To miał być drobiazg dla nauczycielki
Właśnie przeglądałam na szybko wiadomości, czekając aż woda na makaron zacznie wrzeć, gdy pojawiło się powiadomienie od Moniki, przewodniczącej rady rodziców.
– Drogie Mamy (i Ojcowie, jeśli tu jesteście!), zbliża się Dzień Nauczyciela. Myślę, że powinniśmy zrobić coś wyjątkowego dla pani Basi. To nasza pierwsza wychowawczyni w klasach starszych, więc warto pokazać jej, jak bardzo ją doceniamy. Proponuję zrzucić się na złoty komplet z szafirami, widziałam taki w galerii – jest przepiękny! Kosztuje tylko dwa i pół tysiąca złotych, więc po sto złotych od dziecka i mamy prezent marzeń. Kto jest za?
Przeczytałam tę wiadomość dwa razy, potem jeszcze raz. Przez chwilę myślałam, że Monika żartuje – przecież Dzień Nauczyciela to nie ślub czy okrągły jubileusz! Złoty komplet z szafirami za dwa i pół tysiąca złotych? Może na prezent dla królowej Anglii… Pani Basia była bardzo sympatyczną osobą, Hania ją lubiła, ale nie mogłam pojąć, skąd taki pomysł. Zresztą, nawet gdybyśmy wszyscy mieli worki pieniędzy, coś tu było nie w porządku.
Odpisałam od razu, zanim zdążyłam to w ogóle przemyśleć.
– Moniko, czy to nie jest trochę przesada? Dzień Nauczyciela to przecież nie okazja na tak drogie prezenty. Bon do księgarni albo ładny bukiet kwiatów wystarczy. Myślę, że sama nauczycielka też by wolała coś skromniejszego.
Na grupie zapadła cisza. Cisza, która w internetowych realiach oznacza wszystko – od niedowierzania po gotującą się burzę. Minuty mijały, aż w końcu odezwało się kilka mam, popierając Monikę. Argumentowały, że w innych klasach też dają „porządne” prezenty, że pani Basia bardzo się stara i powinniśmy to docenić. Inne milczały, co odebrałam jako ciche poparcie dla mojego głosu rozsądku.
Zaatakowała mnie na zebraniu
Kilka dni później odbyło się zebranie klasowe dotyczące organizacji obchodów Dnia Nauczyciela. Przyszłam trochę spóźniona, bo Hania uparła się, że nie wyjdzie z domu bez swojej ulubionej bluzy z flamingiem. Weszłam do sali i poczułam, że coś wisi w powietrzu – atmosfera była ciężka jak przed burzą. Monika siedziała na środku, otoczona swoim wiernym gronem koleżanek. Na stole leżał folder z ofertą jubilera.
– O, przyszła nasza oszczędna Ewa – powiedziała Monika, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Słuchajcie, musimy to dzisiaj ustalić. Rezerwacja na ten komplet z szafirami jest tylko do końca tygodnia. Kto jest za?
– Ja się na to nie zgodzę – powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młot. – To nie kwestia pieniędzy, tylko zasad. Tak drogi prezent jest po prostu niewłaściwy. Może niektórym się wydaje, że to uprzejmość, ale moim zdaniem to stawia nauczycielkę w niezręcznej sytuacji.
Monika prychnęła.
– Niezręcznej sytuacji? Każda kobieta ucieszyłaby się z takiego upominku. Ewa, jeśli nie chcesz się zrzucać, to po prostu powiedz. Możemy się dołożyć za ciebie, żebyś nie czuła się pokrzywdzona.
Poczułam, jak gorąco uderza mi do twarzy. Wcale nie chodziło o to, czy mnie stać – chodziło o coś zupełnie innego.
– To nawet nie o pieniądze chodzi, Moniko. Sama pracuję w szkole na drugim końcu miasta – powiedziałam dobitnie. W sali zrobiło się cicho. – I powiem ci, jak to wygląda z naszej strony. Kiedy dostajemy takie drogie prezenty, czujemy się po prostu przekupione. To budzi dyskomfort, czasem nawet lęk. Rodzice często myślą, że dzięki temu ich dzieci będą miały lepsze oceny czy taryfę ulgową. To nieetyczne.
Monika spojrzała na mnie, jakby mnie pierwszy raz widziała.
– Ach, więc to o to chodzi! – rzuciła. – Zazdrościsz, bo tobie nikt nie kupuje złota i szafirów, tylko pewnie czekoladki z marketu.
Nie mogłam uwierzyć, że dorosła kobieta może powiedzieć coś tak dziecinnego.
– Moniko, to nie jest kwestia zazdrości. Po prostu nauczyciel nie powinien dostawać tak wartościowych prezentów. To może być wręcz niezgodne z przepisami – próbowałam zachować spokój.
– Nie pouczaj mnie o etyce! – warknęła Monika, łapiąc swoją elegancką torebkę. – Chcesz być moralizatorką, to bądź. Ale my kupimy ten prezent z tobą czy bez ciebie.
Zebrała swoje rzeczy i wyszła z sali, trzaskając drzwiami. Kilka mam spojrzało na mnie przepraszająco, inne poszły za Moniką. Zostałam z kilkoma cichymi osobami, które nie miały odwagi się odezwać.
Nie tylko ja tak myślałam
Do domu wróciłam z bólem głowy i poczuciem, że przegrałam. Opowiedziałam wszystko mężowi.
– Wiesz, ja bym się na twoim miejscu nie przejmował. Dobrze zrobiłaś – powiedział, nalewając mi herbaty. – Sam pamiętam, jak w mojej klasie rodzice się licytowali na prezenty. To nie ma sensu.
Wieczorem zaczęły przychodzić do mnie prywatne wiadomości od mam z klasy.
– Ewa, dzięki, że to powiedziałaś. Ja też uważałam, że to przesada, tylko bałam się odezwać – napisała Marta.
– Masz rację, nie będę się zrzucała na takie coś – dodała Ania.
– Ja nie chcę, żeby dzieci myślały, że wszystko można załatwić prezentami – napisała do mnie kolejna mama.
Okazało się, że większość była przeciwna pomysłowi Moniki, ale nikt nie miał odwagi się wychylić. Monika zebrała pieniądze od zaledwie kilku osób i coraz bardziej się denerwowała. Próbowała przekonać pozostałych, rozsyłała wiadomości z wyliczeniami, nawet sugerowała, że kto nie wpłaci, to niech się potem nie dziwi, jeśli ich dzieci nie będą w grupie „ulubionych”.
W pewnym momencie napisała nawet do mnie prywatnie:
– Ewa, przez ciebie wszystko się rozłazi. Musisz ciągle się sprzeciwiać?
Odpisałam, że nie mam nic przeciwko prezentowi, ale granice trzeba gdzieś postawić. Sama pamiętam, jak kiedyś w mojej klasie pojawiła się podobna sytuacja – i nauczycielka była zażenowana, a nie zachwycona.
Zapytałam u źródła
Dzień przed Dniem Nauczyciela wpadłam na panią Basię, gdy odbierałam Hanię ze świetlicy. Stała na korytarzu, rozmawiając z inną nauczycielką.
– Dzień dobry! – przywitała się serdecznie. – Jak się Hania odnajduje w klasie?
– Bardzo dobrze, jest zachwycona nowymi koleżankami – odpowiedziałam. Po chwili zebrałam się na odwagę. – Proszę mi wybaczyć, ale mam pytanie… Czy nauczycielom jest miło dostawać drogie prezenty? Wie pani, coś jak złota biżuteria, szafiry…
Pani Basia uśmiechnęła się lekko, ale jej twarz przybrała poważny wyraz.
– Wie pani, czasem rodzice przesadzają. Najbardziej doceniam szczere słowo, laurkę od dzieci, uśmiech. Drogie prezenty są wręcz kłopotliwe. Zawsze się boję, że ktoś pomyśli, iż to ma wpłynąć na moje decyzje. To nie jest dla mnie komfortowa sytuacja.
Wróciłam do domu z ulgą, że nie jestem osamotniona w swoich odczuciach.
W końcu, na kilka dni przed świętem, odezwała się na grupie Marta:
– Może jednak zdecydujmy się na coś skromniejszego? Proponuję kupić piękny album o sztuce, a dzieci mogą przygotować własnoręcznie kartki. Co wy na to?
Większość rodziców od razu poparła pomysł. Monika próbowała jeszcze przekonywać, że „nie wypada się wycofać”, ale jej argumenty były coraz bardziej desperackie. Ostatecznie na prezent zrzuciło się tylko pięć osób – reszta dołożyła się do albumu i kwiatów.
Warto się sprzeciwić
Gdy wręczaliśmy pani Basi upominek podczas uroczystości, widziałam, jak się wzruszyła. Dzieci wręczyły jej własnoręcznie zrobione kartki, a ona długo oglądała każdą z nich. Monika stała z boku z obrażoną miną, demonstracyjnie odwracając wzrok.
Wieczorem odebrałam kolejne wiadomości od mam:
– Dzięki za to, że się nie poddałaś.
– Dobrze, że ktoś miał odwagę postawić się Monice.
Wiedziałam, że nie jestem już tą „nową” – byłam tą, która w imieniu wszystkich powiedziała „dość” bezsensownemu wydawaniu pieniędzy.
Kolejne dni i tygodnie minęły spokojnie. Z Moniką miałam chłodne, grzecznościowe relacje, ale nie żałowałam swojego stanowiska. Dzieci były szczęśliwe, pani Basia przez długie tygodnie dziękowała im za laurki. Z czasem temat prezentów ucichł, a ja poczułam, że warto było się postawić, nawet jeśli na początku kosztowało mnie to sporo nerwów.
Dziś wiem, że czasem wystarczy jeden głos sprzeciwu, by inni też nabrali odwagi. I że nawet na Dzień Nauczyciela nie warto się licytować, kto da więcej – bo najlepszy prezent to ten od serca.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Nauczyciela inne matki zarzuciły mi skąpstwo. Nie miałam zamiaru wydawać po 150 złotych na jedną belferkę”
- „Uznałam, że na Dzień Nauczyciela laurka od dzieci jest lepsza niż kremy przeciwzmarszczkowe. Inne matki mnie wyklęły”
- „Myślałam, że dorośli mają więcej ogłady. Wybór prezentu na Dzień Nauczyciela pokazał, że są gorsi niż dzieci”