Odliczałam dni do naszego wyjazdu do Włoch. Praca przez ostatnie miesiące była jak niekończący się maraton: deadline za deadline’em, wieczne poprawki, szefowa wiecznie coś ode mnie chciała. Marzyłam, by na chwilę oderwać się od codzienności, nie myśleć o rachunkach, obowiązkach i tym, co muszę zrobić na wczoraj. Dodatkowo tuż przed wyjazdem skończyliśmy z mężem, Krystianem, remont kuchni. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – zmęczenie, kurz, niekończące się decyzje o kolorach fug i wieczne narzekanie, że „to i tak nie będzie pasować do frontów”.

WIDEO

player placeholder

Chciałam jednej rzeczy: wyłączyć telefon, patrzeć na morze i nie martwić się o nic. Niestety, w domu zostały moje ukochane rośliny. Mam ich naprawdę sporo: storczyki, monstery, filodendrony i kilka egzotycznych okazów, które latem wymagają szczególnej troski. Ktoś musiał się nimi zająć – ale komu mogłam zaufać? Sąsiadka ostatnio niemal utopiła mojego fikusa, mama nie odróżnia kaktusa od sukulenta. Padło na teścia. Teść wydawał się idealny – solidny, słowny, a do tego zawsze chętny do pomocy. Zgodził się bez chwili wahania.

– Nie martw się, wszystko będzie podlane, przewietrzone, nawet twoje ukochane paprocie nie zwiędną – zapewnił mnie, odbierając klucze.

Zobacz także:

Zaufałam mu

Nie byłabym sobą, gdybym nie czuła lekkiego niepokoju. Teść to człowiek, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Najdrobniejsza usterka wywołuje w nim natychmiastową potrzebę działania. Krzywo wiszący obraz? Poprawi. Skrzypiące drzwi? Zaraz znajdzie smar. Kiedyś przyszedł na kawę i zanim zdążyłam wyjąć ciasto z lodówki, już rozkręcał klamkę w łazience, bo „coś luźno chodziło”. Krystian trochę to po nim odziedziczył, ale na szczęście podchodzi do domowych napraw z większym dystansem. Mimo obaw zostawiłam mu instrukcje: co podlewać, jak często, gdzie przewietrzyć, którą roślinę przesunąć z dala od słońca. Teść słuchał uważnie i notował w swoim zeszycie.

– Spokojnie, wszystko będzie pod kontrolą – powtórzył na koniec.

Po wyjeździe dostawałam od niego wiadomości: zdjęcia storczyków, krótkie raporty, co podlał, ile wody zużył, czy paproć nie żółknie. Przez kilka dni czułam się spokojna. W końcu mogłam się zrelaksować. Po czterech dniach raporty od teścia nagle się urwały. Pierwsze myśli: może ma spotkanie, może coś się wydarzyło, może zapomniał wysłać zdjęcia. Po dwóch dniach bez słowa zaczęłam się denerwować. Krystian próbował dodzwonić się do ojca, ale telefon milczał. Przez resztę dnia chodziliśmy spięci, co chwilę zerkając na telefon. Zamiast cieszyć się słońcem i pyszną kawą, myślałam tylko o tym, czy wszystko w domu gra.

Może po prostu padł mu telefon – próbował mnie uspokoić Krystian, ale widziałam, że też się niepokoi.

Nie wytrzymaliśmy. Zdecydowaliśmy się wrócić wcześniej. W głowie miałam czarne scenariusze: teść zasłabł, coś się stało – nawet nie chcę myśleć, co jeszcze.

Zamurowało mnie

Podjechaliśmy pod dom. Na podjeździe stał samochód teścia. Odetchnęłam, przynajmniej żyje i jest na miejscu. Otworzyłam drzwi – i pierwszy szok: w powietrzu unosił się zapach kurzu, cementu i czegoś, co przypominało zaprawę murarską. W korytarzu leżały porozrzucane narzędzia, jakieś stare wiaderka, szmaty. Z głębi domu słychać było dźwięk kucia. Krystian rzucił walizki i pobiegł w stronę hałasu, ja za nim. Serce waliło mi jak młot. Szybko znaleźliśmy się przy łazience na parterze. Była gruntownie remontowana zaledwie pięć lat temu. Drzwi były szeroko otwarte, na podłodze leżały oderwane płytki, elementy zdemontowanej szafki łazienkowej. Wszędzie kurz i kawałki gruzu. Na środku łazienki stał teść w roboczych spodniach, cały w pyle, z młotkiem w ręku.

Tato, co tu się dzieje?! – zawołał Krystian, patrząc z niedowierzaniem na pobojowisko.

Teść odwrócił się do nas, wyraźnie zaskoczony.

– O, jesteście… Nie spodziewałem się was tak wcześnie – powiedział, jakbyśmy przerwali mu popołudniową drzemkę, a nie demolowanie łazienki.

– Co tutaj robisz? – zapytam, starając się nie podnieść głosu, choć czułam, że zaraz wybuchnę.

– No… podlewałem kwiatki, jak prosiłaś. A potem usłyszałem, że coś kapie w łazience. Myślałem, że to uszczelka, więc chciałem wymienić. Ale okazało się, że cieknie rura w ścianie. Trzeba było trochę rozkuć, żeby się dostać.

Popatrzyłam na zrujnowaną ścianę.

– Trochę? Przecież rozebrałeś pół łazienki! – nie wytrzymałam

– Spokojnie, już wszystko ogarnięte. Rurę załatałem. Teraz trzeba tylko położyć nowe płytki – odpowiedział z pełnym przekonaniem.

Miałam ochotę krzyczeć

Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Zamiast wrócić do czystego, pachnącego domu, mieliśmy plac budowy. Byłam bliska płaczu.

– Tato, czemu nie zadzwoniłeś? Czemu nie spytałeś, czy w ogóle chcemy, żebyś coś z tą rurą robił? – zapytał Krystian, ścierając pot z czoła.

– No bo po co mielibyście się martwić na urlopie? – odpowiedział teść, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. – Pomyślałem, że zrobię wam niespodziankę, żebyście po powrocie mieli wszystko z głowy.

W tym momencie zauważyłam matę i śpiwór. Leżały na środku salonu.

Ty tu spałeś? – zapytałam z niedowierzaniem.

– No tak, bo, jak już rozkułem ścianę, to musiałem pilnować, żeby woda nie zalała całego domu. Zostałem na noc, żeby mieć oko na wszystko.

Z jednej strony czułam wdzięczność za jego troskę, z drugiej miałam ochotę krzyczeć. Przecież prosiłam tylko o podlewanie kwiatów!

Zakasałam rękawy

Cały wieczór spędziliśmy na sprzątaniu, wynoszeniu gruzu, wycieraniu pyłu z każdej powierzchni. Zamiast odetchnąć po podróży, ścierałam podłogi i marzyłam, by cofnąć czas. Krystian pomagał teściowi w układaniu nowych płytek, ja próbowałam ratować rośliny, które przez remont pokryły się białym pyłem.

– Tato, naprawdę doceniam, że chcesz pomagać, ale następnym razem, jak będziesz podlewał kwiaty, podlewaj tylko kwiaty. Rur nie dotykaj – powtarzałam stanowczo.

Teść uśmiechnął się lekko zawstydzony.

– Dobrze, ale skoro już zacząłem, to może przynajmniej zrobię wam ładniejszą półkę nad pralką? Mam w garażu kawałek drewna, tylko trochę ją przytnę…

Krystian i ja wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia.

– Tato, żadnego kucia więcej. Zostaw półkę, proszę…

Reszta urlopu upłynęła nam na wspólnym sprzątaniu i pomaganiu przy łazience. Każdego dnia było coś nowego do zrobienia. A to trzeba było dociąć kafelek, a to wymieszać klej, a to zetrzeć pył z lustra. Wieczorami padaliśmy ze zmęczenia. O wypoczynku mogłam zapomnieć. Kiedy w końcu łazienka zaczęła przypominać łazienkę, a nie plac budowy, poczułam ulgę. Ale też dostałam nauczkę na przyszłość. Wiedziałam, że od tej pory, kiedy będziemy wyjeżdżać na urlop, kwiaty będzie podlewała moja siostra. Na szczęście nie ma zielonego pojęcia o naprawach, nie odróżnia śrubokręta od młotka, więc przynajmniej wiem, że dom po powrocie będzie w jednym kawałku. Teść? Ostatnio wspominał, że nasze rynny wymagają wymiany. Natychmiast zmieniłam temat na jego nową wędkę. Lepiej dmuchać na zimne.

Nie byłam jedyna

Kilka dni po zakończeniu „urlopu” przypadkiem spotkałam sąsiadkę na klatce. Zapyta, jak było we Włoszech. Uśmiechnęłam się gorzko.

– Chciałam odpocząć, ale skończyło się remontem łazienki. Teść myślał, że zrobi nam niespodziankę.

Sąsiadka nie kryła rozbawienia.

– To jeszcze nic! U mnie teść podczas podlewania kwiatów wymienił kontakt i spalił pół instalacji. Taki już ich urok – powiedziała ze śmiechem

Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jakaś epidemia teściów-złotych rączek. Może powinnam napisać o tym poradnik: „Jak zostawić dom pod opieką teścia i nie wrócić na plac budowy”? Wieczorem, kiedy już wszystko było posprzątane, Krystian usiadł obok mnie na kanapie. Oboje byliśmy zmęczeni, ale też rozbawieni całą sytuacją.

Przynajmniej łazienka wygląda jak nowa, co? – zażartował mąż.

– Może powinniśmy zaprosić teścia na urlop za rok? Może wyremontuje nam balkon, jak nas nie będzie?

Zaśmialiśmy się głośno, choć dobrze wiedziałam, że następnym razem wybiorę opiekuna do kwiatów bardzo ostrożnie.

Ewa, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: