Nie da się ukryć, że każda kobieta w głowie wizualizuje sobie swój ślub i marzy o tym pięknym dniu. Często już nawet jako dziecko zastanawiałam się, jak to wszystko będzie wyglądało. Nie wiem, skąd ta pogoń za małżeństwem. Może podpatrzona u rodziców? A może w telewizji? 

WIDEO

player placeholder

Suknia ślubna to podstawa, z biegiem lat moje marzenia diametralnie się zmieniły, ale jedno było pewne. Do ołtarza pójdę w śnieżnej bieli. Do tego dopasowany bukiet, welon, śliczne pantofelki i złota biżuteria. Tak to wszystko widziałam. Poza strojem oczywiście oczami wyobraźni widziałam już piętrowy tort z kwiatową dekoracją, stary, zabytkowy samochód, który wbije w podłogę całą rodzinę. 

Marzyłam o tej chwili

W wieku 12 lat miałam jeszcze dylemat, czy moje wielkie przyjęcię powinno się odbyć w zameczku, jak na prawdziwą księżniczkę przystało, czy też w bajkowym ogrodzie, by klimatem przypominało krainę z filmu o wróżkach? Dziś tego dylematu nie miałam. Wydoroślałam, a dziecięce mrzonki poszły w odstawkę. 

Zobacz także:

Gdy ukochany padł przede mną na kolana, nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Marzyłam o tej chwili od dawna, kochałam tego człowieka, chciałam się z nim zestarzeć, a teraz to wszystko miało stać się faktem. Wspólnie snuliśmy plany o pięknym domu z ogrodem, sadzie z wielkimi śliwami, dzieciach, które radośnie będą biegały po naszej posesji. W marzeniach znalazło się również miejsce dla dwóch piesków. Oczywiście, że gdy tylko zobaczyłam pierścionek i usłyszałam magiczne słowa, wydusiłam z siebie to pierwsze "TAK". Już wtedy nie mogłam doczekać się, aż powtórzę je przy wszystkich naszych bliskich. 

Wraz z mężczyzną swojego życia zyskałam też kobietę, która niestety była z nim w pakiecie. Mama Krystiana z początku wydawała się miło, ciepło i rodzinną osobą. Była dla mnie uprzejma, zapraszała mnie na kawki, czułam, że pała do mnie sympatią. Gdy tylko dowiedziała się o naszych zaręczynach, rzuciła mi się na szyję, płakała ze szczęścia. Tak samo zareagował przyszły teść. W tamtym momencie byłam naprawdę szczęśliwa i liczyłam, że tak będzie już zawsze. 

Zderzenie z rzeczywistością

– Macie już datę? – wypytywała teściowa. 

– Jeszcze nie, chcemy się sobą nacieszyć, to ważny etap. Chcemy pożyć sobie jako narzeczeństwo. 

– Dzieci, macie takie wspaniałe możliwości, zrobicie takie cudne wesele. Za naszych czasów tego nie było. Prawda, Romuś? – zwróciła się do męża.

– Tak, tak. Kiedyś pieniędzy nie było – przytaknął teść. 

– No, właśnie. Nie było. Gdybym teraz mogła zorganizować swoje wesele jeszcze raz, zrobiłabym wszystko inaczej. Tak wam zazdroszczę. Białej sukni, makijażu, hucznej imprezy, prestiżu i tych wszystkich gości! Będziecie tacy szczęśliwi! – piszczała z zachwytu. 

Teściowa wyrzucała z siebie słowo za słowem, ekscytowała się naszym ślubem chyba bardziej, niż my sami. Wiedziałam, że to piękne wydarzenie i byłam pewna, że chcę, żeby było dopięte na ostatni guzik, ale miałam też z tyłu głowy, że nigdy nie można mieć za wysokich oczekiwań, żeby później się nie rozczarować. Chciałam do tego podejść z luzem i chłodną głową. 

Nie chciałam kiczowatego, wielkiego przyjęcia, z prosiakiem, kryształami pod sufitem i disco polo do białego rana. Chciałam kameralnego przyjęcia, w gronie najbliższych, dobrego jedzenia z klasą i po prostu miłego czasu. Mój przyszły mąż miał podobne podejście do tematu. Skoro już mieliśmy wydać kupę kasy to chociaż na coś, co jest dla nas wartościowe i zadowalające.

Wtedy jeszcze byłam spokojna

Niestety przyszedł dzień, w którym mój spokój został przerwany. 

– Myszko, tylko nie złość się. Mówiłem mamie, że to zły pomysł, ale ona mnie nie posłuchała... – zaczął mój narzeczony. 

– Chwila, chwila, ale o czym ty mówisz, powoli! 

– No... bo moja mama zarezerwowała nam termin w kościele i wybrała pod to salę weselną – złapał się za głowę. 

– Chyba sobie żartujesz? Przecież my nawet nie chcemy brać ślubu kościelnego, to sa jakieś jaja? Co tu się dzieje?!

– Nie, kochanie. To nie żart. Próbowałem z nią rozmawiać, ale ona powiedziała, że przecież, co nam szkodzi, a kościółek w naszej wsi jest taki ładny, będą śliczne zdjęcia. Chciałem coś z tym zrobić, ale...

– Krystian... – powiedziałam jego imię w takim tonie, że w sekundę zamilkł. – Trzeba to odkręcić, ja nie będę brała ślubu kościelnego, bo ktoś ma takie widzimisię! Na kiedy ona to niby zarezerwowała?

– Nie wiem, nie powiedziała mi, bo uznała, że nie jest pewna, czy sala na 200 osób jest wystarczająca, więc może dopasuje do tej daty jakąś na 300.

– Oszalałeś? Jakie 300 osób? Daj mi telefon! – krzyknęłam i wyrwałam mu aparat z ręki. 

Wybrałam numer do teściowej i starałam się być najspokojniejsza jak to tylko możliwe.

Wystarczy, że się pojawicie

– Dzień dobry.... Krystian.... tak, tak, mówił, ale...

– Kochanie! Nie uwierzysz, udało mi się jeszcze zarezerwować dla was taką karocę, wiesz? Jak w bajce o Kopciuszku! Będą was wiozły 4 konie! Pieknie, prawda? Wpłaciłam już zaliczkę, żeby nikt wam nie sprzątnął tej oferty sprzed nosa!

– Chwila, ale ja nie chce...

– Daj spój, to tylko drobiazg. A teraz przejdźmy do sukni. O nic się nie martw, podaj mi tylko wymiary, wybiorę ci jakąś, moja przyjaciółka jest krawcową i z pewnością uszyje ci piękną bezę. Będziesz ślicznie wyglądała. Żaden projektant ci takiej nie zrobi, będzie jedyna w swoim rodzaju, zobaczysz!

Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, co tu się dzieje?! Czyj to jest ślub? Czyje marzenia właśnie spełniamy?

– Małgosiu, jesteś tam? – usłyszałam głos w słuchawce.

– Tak, ale proszę posłuchać...

– Noo, to powiedz mi teraz, ilu gości planujesz zaprosić? Muszę wiedzieć, czy sala nas wszystkich pomieści. Wiesz, my z Krystiankiem i Romusiem mamy całkiem pokaźną rodzinę, sporo sąsiadów, znajomych. Myślę, że od nas będzie około 150 osób, a od ciebie? O koszta się nie martw, zapraszaj kogo chcesz. Całe życie odkładałam, żeby moje dziecko miało piękny ślub, więc nie mam zamiaru oszczędzać. No więc, to ile na oko osób będzie od ciebie? 

– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że bez pytania zaklepałaś nam datę w kościele, salę, dorożkę, suknię od jakiejś krawcowej i chcesz zaprosić 300 gości na mój ślub?

– Dokładnie, nie ma za co kochana, to sama przyjemność. Kiedyś tego nie było, to mogę teraz poszaleć. Kwiaty i dekoracje to już późniejszy etap, coś się znajdzie. Kapelę też już znalazłam, a nasz sąsiad Mirek, znasz Mirka? Jest fotografem, to pewnie z chęcią cyknie pare fotek też u was. O nic się nie martwcie, wystarczy, że się pokażecie, będziecie śliczni jak zawsze, a ja wszystkiego dopilnuję – mówiła z dumą teściowa. 

– A nie wiesz, czy nie byłoby opcji załatwienia pokazu dronów i fajerwerków? Tak mi się zawsze marzyły jakieś modernistyczne wstawki – powiedziałam z ironią.

– A wiesz, nie myślałam nad tym, to świetny pomysł, trzeba iść z duchem czasu. Poszukam w internecie i dam znać! 

W tym momencie puściły mi wszystkie hamulce

– Dziękujemy za troskę, to miły gest, ale nie. Fajnie, że to wszystko znalazłaś, nam się nie przyda, ale to nie znaczy, że kasa przepadła. Skoro tak potrzebujesz wielkiej imprezy to z pewnością taka piękna sala, kościół i dorożka będą super pomysłem, żeby odnowić waszą przysięgę z Romanem. To twoje marzenia, nie nasze. To twój wymarzony ślub, nie nasz. Zrozum to. 

W słuchawce panowała głucha cisza. Zastanawiałam się, czy w tym cały szaleństwie teściowa nie rozłączyła się i faktycznie nie poszła szukać dronów na ślub. 

– Jesteś okropnie niewdzięczna, dziewucho! Wiedziałam, że moje pierwsze wrażenie, co do ciebie było trafne, ale dała ci szansę! Poza śliczną buzią nie masz nic do zaoferowania. Wstydź się! Mam nadzieję, że mój syn jeszcze przejrzy na oczy! – wysyczała teściowa do słuchawki i urwała połączenie. 

Ślubu nie będzie?

Odłożyłam telefon z dziwnym spokojem, bo ta litania nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Zwróciłam się do przyszłego męża:

– Przynajmniej mamy jasną sytuację. Twoja mama mnie nienawidzi, jestem dla niej skreślona, ale przynajmniej przyznała, że buzię mam śliczną – powiedziałam pół żartem pół serio. 

– Daj spokój, powścieka się i jej przejdzie. Nie miałem zamiaru godzić się na ten cyrk. Kocham ją, ale nie dam jej wejść nam na głowę. Najpierw ślub, a potem co? Dzieci? Budowa domu? 

– Czyli nie masz w planie wymieniać mnie na bardziej rozumny model? – zaśmiałam się.

Narzeczony zbliżył się do mnie i ujął moja twarz w dłonie. 

– Nie kochanie, nawet gdyby mamusia opłaciła nam wesele w pałacu prezydenckim, to ty jesteś dla mnie najważniejsza

Ślub zorganizowaliśmy po swojemu. Zajęło nam to rok i było po naszej myśli. Miałam piękną, minimalistyczną sukienkę, mąż ubrany był w czekoladowy garnitur, ślubu udzielił nam urzędnik, a po wszystkim udaliśmy się z bliskimi na bankiecik do niewielkiej sali. Teściowa miała gulę w gardle i minę miała, jakby najadła się cytryny, ale nie miała na tyle odwagi, by nie pojawić się na ślubie własnego syna. Trudno, jeśli ceną za życie u boku tak wspaniałego męża, jest znoszenie złośliwej i kąśliwej teściowej, to jakoś to przełknę. 

Małgorzata, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: