„Na emeryturze nie mam nawet dla kogo ugotować rosołu w niedzielę. Dzieci i wnuki mają mnie gdzieś”
„Jakiś czas temu gotowałam dla swoich dzieci. Przyjeżdżały z pojemnikami, a ja szykowałam im obiadki na kilka dni naprzód. Ale ich dzieciaki podrosły i babcine jedzenie – jak pewnego dnia oznajmiła mi córka – przestało im smakować”.

Mam 74 lata, emeryturę nauczycielki – to chyba mówi wszystko o stanie mojego portfela – i organizm, który powoli szykuje się do odjazdu na tamten świat. No i jestem od dwudziestu lat wdową, a moje dzieci – syn, Kamil i córka, Kalina – mieszkają w odległych dzielnicach miasta i nie bardzo mają czas, by odwiedzać matkę staruszkę. O wnukach nawet nie wspomnę – wolą tych drugich dziadków, młodszych, zasobniejszych, którzy mogą kupić drogie telefony i inne gadżety.
Jestem cyniczna? Nie, po prostu znam życie. Choć to życie już od kilkunastu lat przepływa obok za drzwiami mojego mieszkania, zapominając zapukać do mnie choćby od czasu do czasu.
Mam kota Kacpra. Nie wiem, ile ma lat, bo to przybłęda, którego nadepnęłam pewnego dnia na trawniku. Pewnie go zabolało, ale nawet nie miauknął. Wyglądał jak siedem nieszczęść. No to go wzięłam.
Czułam się samotna
I, szczerze mówiąc, szybko się okazało, że to mój jedyny i najlepszy przyjaciel. Nie wiem, jak sobie radziłam wcześniej z samotnością. Moje przyjaciółki powymierały. Sąsiedzi… szkoda gadać!
Mieszkam w starej kamienicy, w której się wychowałam. Tęsknię za dawnymi czasami, kiedy znało się wszystkich sąsiadów. Sąsiad był jak członek rodziny, zapraszany na imieniny, urodziny, oblewanie awansów. Więcej – był przyjacielem, który dopilnuje kwiatków, jak jechaliśmy na wczasy pracownicze, dziecka, gdy musiałam wyskoczyć do sklepu…
Nie wyobrażam sobie, żebym teraz poszła do sąsiadów z naprzeciwka pożyczyć jajko czy sól. Ze starej gwardii zostały dwie rodziny. Tyle że za nimi to ja akurat nie przepadałam, i z wzajemnością. W końcu uczyłam ich w szkole. I, niestety, niczego nie nauczyłam…
Jedyną pasją, która mi pozostała, jest gotowanie. Siedzę sobie w kuchni na stołeczku i robię dobre zupki, kotlety, pieczeń po rzymsku czy kaczkę nadziewaną… Kłamię! Niegdyś robiłam w kuchni te wszystkie wspaniałe rzeczy. Teraz emerytura nie za wysoka, zakupy nie bardzo ma mi kto przynieść i, przede wszystkim, nie ma kto jeść tego, co upichcę. Jakiś czas temu gotowałam dla swoich dzieci. Przyjeżdżały z pojemnikami, a ja szykowałam im obiadki na kilka dni naprzód. Ale ich dzieciaki podrosły i babcine jedzenie – jak pewnego dnia oznajmiła mi córka – przestało im smakować.
Moja Kalina mogłaby mi chociaż oszczędzić tej przykrości mówienia wprost… Ale nigdy nie należała do delikatnych, a ja nie potrafiłam jej lepiej wychować. Teraz wnuczki wolą fast foody, czyli opychają się zmielonymi resztkami mięsa, upchanymi razem z obierkami z warzyw w bułę. Oczywiście wszystko polane przepysznym sosem. Już od tego samego pisania o tym mnie zemdliło! Świat się zmienia i najwyraźniej smak również.
Nie znam sąsiadów
O obecnych lokatorach domu – bo, szczerze mówiąc, nie są to sąsiedzi, ta nazwa wymaga czegoś więcej niż mieszkania w tym samym budynku czy nawet na tym samym piętrze – wiem niewiele. Tyle, ile udało mi się podpatrzyć.
Pan, który mieszka na parterze jeździ wieloletnim poobcieranym citroenem i ma na nosie okulary. Naprzeciwko trzypokojowe mieszkanie zajmuje jakaś Zofia. Wiem, jak ma na imię, gdyż mijając drzwi jej mieszkania, usłyszałam pewnego dnia męski okrzyk: „Zośka, nie denerwuj mnie”.
Na pierwszym piętrze mieszkam ja i jakiś samotny, chudy i smutny pan. Na drugim otyła kobieta z równie wielkim gabarytowo mężem. A naprzeciwko niej dwoje młodych ludzi, którzy często urządzają imprezy i bez względu na lato, i otwarte szeroko okna, są bardzo głośni. Jakiś rok temu minęliśmy się na schodach, na półpiętrze – szłam z Kaliną do lekarza. Oni tam stali pod oknem i się całowali. Mało tam miejsca, cztery osoby to tłum.
– Może byście tak poszli do domu, a nie na oczach ludzi, wstyd! – powiedziałam.
– Niech się wstydzi ten, kto widzi – odszczekał chłopak, patrząc na mnie tak, jakbym była kosmitką.
Dziewczyna za to poczerwieniała jak burak. Pewnie z podniecenia, bo o wstyd bym jej nie podejrzewała.
– Mamo – jęknęła Kalina. A potem, jak siedziałyśmy już w jej samochodzie, dodała: – Nic dziwnego, że nie masz przyjaciół. Przy tobie to i anioł stróż nie wytrzyma.
– Pewnie powinnam była poczekać, aż przestaną się cmokać i może im dać chusteczkę, żeby sobie buziaki powycierali?
– Mamo… – Kalina pokręciła głową.
– I dziwisz się, że Tosia do ciebie nie przychodzi?
Tosia to moja szesnastoletnia wnuczka, którą widuję dwa razy do roku, podczas świąt. Jak była mała, jeszcze odpowiadała na moje pytania, dawałam jej korepetycje z historii. Teraz ledwie powie „hej”. Jakie „hej”? Może „dzień dobry”.
Mam smutne życie
Mimo że mieszkam na pierwszym piętrze to rzadko wychodzę na dwór, nie mam siły. Schody są wysokie, jak to w starych kamienicach. Co robię całymi dniami? Oglądam telewizję, czytam, siedzę na balkonie, na którym ledwie mieści się krzesło i mały stolik albo patrzę przez judasza, gdy na korytarzu coś się dzieje. Że co, że niby jestem wścibska? To nie tak. Po prostu… tęskno mi do ludzi. Tyle że oni jakoś za mną nie tęsknią. Syn co tydzień wysyła do mnie kuriera z zakupami. Córka pojawia się tylko wtedy, gdy muszę iść do lekarza. Ostatnio nie miała czasu i wynajęła opiekunkę społeczną. Straszna baba, ciągle poganiała mnie.
– Pani idzie szybciej, pani M., bo ja mam za godzinę dać zastrzyk innemu pacjnetowi – warczała, kiedy wolno schodziłyśmy ze schodów. I ciągnęła mnie za rękaw. Jakbym mogła iść szybciej, to poszłabym sama i nie potrzebowałabym takiej „opiekunki” z bożej łaski.
Tak wygląda moja starość. Czasem wieczorem płaczę w poduszką, a wtedy kot delikatnie mruczy i robi mi sie lżej.
Maria, 74 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyjechałem do pracy w Szwecji, a po roku żona przywitała mnie, będąc w ciąży. Próbowała mi wmówić, że to moje nasionko
- „Przepisałam wnukowi dom za obietnicę opieki na starość. Żałuję, bo oszukał mnie i zabrał mi resztki godności”
- „Chciałam spędzić czerwcówkę w Chorwacji, ale mąż miał inną niespodziankę. Skończyliśmy na grillu u teściów w Radomiu”

