„Majówkę zamiast na Sycylii spędziłam na balkonie. Cały długi weekend kłóciłam się z sąsiadką o sadzonki pomidorów”
„– Pomidory? Na balkonie w bloku? – prychnęła. – Przecież to śmierdzi. Zresztą, zaraz zejdą się jakieś owady. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy kaprys, bo nie uśmiecha mi się spędzać lata przy takich zapachach. Zamurowało mnie. Moja chęć bycia miłą wyparowała w sekundę”.

Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Walizka pękała w szwach od letnich sukienek, a ja w głowie już układałam plan zwiedzania Palermo. Długi weekend majowy zapowiadał się idealnie. Do momentu, gdy stojąc przy bramce na lotnisku, z uśmiechem sięgnęłam do specjalnej przegródki w torebce po dowód osobisty. Moje palce natrafiły na pustkę.
Początkowo myślałam, że to tylko chwilowe zaćmienie. Wyjęłam portfel, kosmetyczkę, paczkę chusteczek. Moja przyjaciółka Karolina, z którą miałam lecieć, patrzyła na mnie z rosnącym niepokojem. Po dziesięciu minutach nerwowego przetrząsania bagażu podręcznego dotarła do mnie bolesna prawda. Mój dowód został w domu.
Zamiast wejść na pokład samolotu, patrzyłam przez ogromną szybę terminala, jak maszyna unosi się w powietrze z moją przyjaciółką na pokładzie. Odprawiłam ją ze łzami w oczach, zapewniając, że ma się świetnie bawić i nie myśleć o mojej głupocie. Godzinę później siedziałam w taksówce powrotnej, czułam się jak największa niezdara na świecie. Mieszkanie powitało mnie ciszą, zaduchem i bezlitosnym przypomnieniem, że najbliższe pięć dni spędzę w mieście, które właśnie pustoszało.
Wpadłam na szalony pomysł
Sobotni poranek przywitał mnie pięknym słońcem. Telefon zasygnalizował nadejście wiadomości. To była Karolina. Przysłała mi zdjęcie z lokalnego targu, pełnego soczystych warzyw, owoców i radosnych ludzi. Odłożyłam aparat na stół i spojrzałam przez okno na swój pusty, zabetonowany balkon. Szara płyta, suszarka na pranie i jeden smętny, plastikowy fotel.
Nagle poczułam przypływ dziwnej, desperackiej energii. Skoro nie mogłam być na Sycylii, postanowiłam stworzyć drobinę tego klimatu u siebie. Ubrałam się pospiesznie i pobiegłam na pobliski ryneczek, który o tej porze tętnił życiem. Zamiast jednej roślinki na pocieszenie, wpadłam w prawdziwy szał zakupów. Kupiłam ogromne wory ziemi, donice, a przede wszystkim kilkanaście sadzonek pomidorów. Sprzedawca zachwalał różne odmiany, więc je wzięłam.
Zrobiłam trzy kursy na czwarte piętro, sapiąc i ocierając pot z czoła. Kiedy wreszcie zgromadziłam cały asortyment na balkonie, zabrałam się do pracy. Przesypywanie ziemi, układanie drenażu, delikatne wyjmowanie sadzonek z plastikowych osłonek – to wszystko działało na mnie niezwykle kojąco. Z każdym posadzonym krzaczkiem moje rozczarowanie malało. Ręce miałam brudne po łokcie, pod paznokciami czarną ziemię, ale uśmiechałam się sama do siebie.
Sąsiadka zaczęła się czepiać
Mój balkon dzielił od balkonu sąsiadki jedynie cienki panel z mlecznego, półprzepuszczalnego tworzywa, który pozostawiał kilkucentymetrową szparę tuż przy posadzce. Sąsiadkę, panią Sylwię, kojarzyłam jedynie z uprzejmego kiwania głową na klatce schodowej. Wiedziałam, że jest niezwykle pedantyczna. Zawsze idealnie ułożone włosy, perfekcyjnie wyprasowane płaszcze.
Kiedy kończyłam podlewać moje nowe, pomidorowe królestwo, usłyszałam dźwięk odsuwanych drzwi balkonowych z jej strony. Chwilę później zza przepierzenia dobiegło głośne westchnienie.
– Przepraszam bardzo – usłyszałam jej głos, ostrzejszy niż zazwyczaj. – Czy mogłaby pani uważać z tą wodą? Właśnie położyłam nowy, beżowy dywanik zewnętrzny, a z pani strony leci jakieś błoto.
Pochyliłam się i rzeczywiście zauważyłam, że odrobina przelanej wody z ziemią przecisnęła się pod ścianką.
– Ojej, najmocniej przepraszam – powiedziałam szybko, łapiąc za papierowy ręcznik. – Już to wycieram. To się więcej nie powtórzy. Zrobiłam małe sadzenie roślin.
– Roślin? – w jej głosie zabrzmiała wyraźna irytacja. – Przez tę szparę czuję zapach, jakbym mieszkała obok szklarni. Co to w ogóle jest?
– Pomidory – odpowiedziałam z dumą, licząc, że może podzieli mój entuzjazm. – Różne odmiany. Będą pięknie wyglądać i pachnieć latem.
Zapadła cisza. Wyobraziłam sobie, jak marszczy swój idealnie przypudrowany nos.
– Pomidory? Na balkonie w bloku? – prychnęła. – Przecież to śmierdzi. Zresztą, zaraz zejdą się jakieś owady. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy kaprys, bo nie uśmiecha mi się spędzać lata przy takich zapachach.
Zamurowało mnie. Moja chęć bycia miłą wyparowała w sekundę.
– To jest mój balkon i mam prawo trzymać na nim, co mi się podoba – odpowiedziałam, starając się utrzymać spokojny ton. – A zapach pomidorów jest bardzo świeży. Zapewniam, że owady nie zjedzą pani dywanika.
Usłyszałam tylko głośne trzaśnięcie drzwiami. Zrozumiałam, że to dopiero początek problemów.
Zaczęłyśmy się kłócić
Sobota zamieniła się w prawdziwą wojnę nerwów. Karolina przysyłała mi zdjęcia z urokliwych uliczek, a ja siedziałam na swoim plastikowym fotelu, otoczona donicami, i udawałam, że czytam książkę. W rzeczywistości nasłuchiwałam, co dzieje się za ścianką.
Pani Sylwia najwyraźniej postanowiła dać mi nauczkę. Wystawiła na swój balkon głośnik i włączyła zapętloną, bardzo głośną muzykę relaksacyjną z dźwiękami tybetańskich mis. Do tego co jakiś czas używała intensywnie pachnącego, chemicznego odświeżacza powietrza w aerozolu, celując w moją stronę przepierzenia. Sztuczny zapach lawendy mieszał się z aromatem ziemi, tworząc mieszankę przyprawiającą o ból głowy.
Nie wytrzymałam. Podeszłam blisko szyby.
– Czy mogłaby pani wyłączyć tę muzykę i przestać psikać chemikaliami? – zapytałam podniesionym głosem. – Próbuję tu odpocząć.
– Ja też próbuję odpocząć! – odkrzyknęła natychmiast. – Ale nie mogę, bo z pani strony unosi się zapach kompostu! Moja siostra zrezygnowała z przyjazdu, muszę spędzać ten czas w domu, a pani robi mi tu jakieś ogródki. Moje zasłony przesiąkną tym zapachem!
– To są świeże rośliny, a nie żaden kompost! – byłam już naprawdę wściekła. – Zamiast cieszyć się zielenią, woli pani wdychać sztuczną lawendę. Proszę bardzo, ale proszę to robić ciszej!
Złapałam się za głowę. Rozmowa z nią nie miała żadnego sensu. Zamiast się kłócić, postanowiłam zagrać w jej grę. Przesunęłam trzy największe donice z pomidorami malinowymi pod samą ściankę, tak by ich liście niemal dotykały mlecznego tworzywa. Resztę dnia spędziłyśmy na ignorowaniu się nawzajem, przedzielone cienką barierą i grubym murem niechęci.
Natura miała wobec nas inne plany
Niedzielne popołudnie przyniosło drastyczną zmianę pogody. Wiosenne słońce nagle schowało się za ciężkimi, granatowymi chmurami. Zrobiło się duszno i niepokojąco cicho. Wiedziałam, co to oznacza. Ostatnie dni majówki miały pożegnać nas gwałtowną burzą.
Kiedy spadły pierwsze, ciężkie krople deszczu, zerwał się gwałtowny wiatr. Zobaczyłam, jak młode pędy moich pomidorów wyginają się niebezpiecznie we wszystkie strony. Wyskoczyłam na balkon w samych skarpetkach, by ratować swoje małe dzieło. Próbowałam przesuwać najcięższe donice bliżej ściany budynku, by osłonić je przed podmuchami. Deszcz zacinał mi w twarz, a wiatr wył coraz głośniej.
Nagle zza przepierzenia dobiegł mnie dźwięk tłuczonego szkła i przeraźliwy krzyk.
– Ojej! Nie, tylko nie to!
Zamarłam, trzymając w rękach donicę z koralikami. Przepierzenie zatrzęsło się pod naporem czegoś ciężkiego. Podbiegłam do krawędzi balkonu i wychyliłam się za barierkę na tyle, na ile to było bezpieczne, próbując dostrzec, co się stało.
Pani Sylwia szarpała się z ogromnym, ciężkim stojakiem na dekoracyjne latarenki, który wiatr przewrócił na ziemię. Część z nich rozbiła się w drobny mak. Co gorsza, potężny, ozdobny parasol, który zostawiła rozłożony, zaczął działać jak żagiel. Biedna kobieta trzymała go z całych sił za rączkę, ślizgając się w modnych kapciach po swoim nowym, mokrym dywaniku. Była przerażona, a wiatr był na tyle silny, że dosłownie ciągnął ją w stronę barierki.
Nie myślałam ani sekundy. Rzuciłam donicę, pobiegłam do drzwi wyjściowych i wybiegłam na klatkę schodową. Zastukałam pięścią w jej drzwi.
– Proszę otworzyć, pomogę pani! – krzyknęłam.
Drzwi były niedomknięte. Wpadłam do jej perfekcyjnie czystego salonu w moich przemoczonych, brudnych od ziemi skarpetkach i wybiegłam na jej balkon.
– Niech pani puści ten parasol, bo jeszcze pani wypadnie! – krzyknęłam przez szum wiatru.
– Nie mogę, on uderzy w szybę i ją zbije! – płakała sąsiadka.
Złapałam za stelaż z drugiej strony. Razem udało nam się złożyć ciężką konstrukcję i rzucić ją bezpiecznie na podłogę. Potem w błyskawicznym tempie przeniosłyśmy ocalałe latarenki i ozdoby do jej salonu. Obie byłyśmy przemoczone do suchej nitki, dyszące i roztrzęsione.
Spojrzałam na swój brudny ślad na jej jasnych panelach.
– O rany, przepraszam za podłogę – powiedziałam cicho, czując nagle ogromne zakłopotanie.
Pani Sylwia przetarła mokrą twarz dłonią. Spojrzała na podłogę, potem na mnie i... zaczęła się śmiać. To był nerwowy, uwalniający napięcie śmiech.
– Podłogę da się umyć – powiedziała, opierając się o framugę. – Gdyby nie pani, ten parasol rozbiłby mi okno, a ja zrobiłabym sobie krzywdę. Dziękuję.
To była szczera rozmowa
Pół godziny później burza ustała, pozostawiając po sobie rześkie, oczyszczone powietrze. Siedziałyśmy w salonie pani Sylwii, otulone suchymi kocami. Moje mokre skarpetki wylądowały w jej łazience, a ona postawiła na stole dwa kubki gorącego naparu z malin i lipy.
Okazało się, że jej wybuchowość w weekend nie brała się znikąd. Sylwia przyznała się, że miała spędzić ten czas z siostrą, z którą rzadko się widywała, ale ta w ostatniej chwili odwołała przyjazd. Sylwia została sama, z idealnie wysprzątanym mieszkaniem, nowym wystrojem balkonu i ogromnym poczuciem samotności. Zapach ziemi i mój entuzjazm po prostu przypomniały jej, że inni potrafią znaleźć radość w małych rzeczach, podczas gdy ona była sfrustrowana.
Opowiedziałam jej o moim zostawionym dowodzie, o uciekającym samolocie i o łzach nad ziemią uniwersalną. Śmiałyśmy się z naszych nieudanych planów.
– Wie pani co... – zaczęła Sylwia, patrząc w stronę okna. – Może te pomidory nie są takie złe. Zresztą, chyba uratowała pani przed burzą te swoje bawole serca?
– Mam nadzieję – uśmiechnęłam się. – Jeśli przetrwały, latem przyniosę pani najładniejszy okaz.
I tak oto moja sycylijska majówka zamieniła się w szkołę sąsiedzkiej dyplomacji. Moje krzaczki przetrwały wiatry i ostatecznie urosły ogromne, zasłaniając niemal całe przepierzenie. Dziś, kiedy wychodzę podlewać moje rośliny, często widzę Sylwię pijącą poranną kawę po drugiej stronie szyby. Już nie używa chemicznych odświeżaczy. Czasem nawet pyta przez szparę, jak tam nasze zbiory. A ja wiem jedno – czasem najlepsza podróż to ta, której nie zaplanowaliśmy, a najciekawsze znajomości zaczynają się od odrobiny rozsypanej ziemi i kilku niewinnych sadzonek.
Alicja, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina traktowała mój dom na wsi jak darmowy pensjonat na majówkę. Nawet kiełbasy na grilla nie kupili”
- „Myślałam, że mąż remontuje naszą altanę. Przy grillu odkryłam prawdziwy powód jego wyjazdów na działkę”
- „Mąż wyliczał mi każdą minutę pod prysznicem. Rachunki były dla niego ważniejsze niż nasze małżeństwo”

