Każdy kiedyś skłamał na rozmowie kwalifikacyjnej, prawda? Ja tylko trochę naciągnęłam rzeczywistość, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, próbując zagłuszyć wyrzuty sumienia. Musiałam uciec z poprzedniej firmy. Mój szef był despotą, który traktował nas jak służących, a nie pracowników.
WIDEO…
Zmieniłam pracę
Czułam, że tam się duszę, codziennie wracałam do domu wykończona, a w niedzielę wieczorem zaczynał się już ból brzucha na myśl o poniedziałku. Kiedy zobaczyłam ogłoszenie z nowego biura – normalne godziny, świetna pensja, szansa na rozwój – nie zastanawiałam się długo. Wymagali biegłej znajomości programu, o którym tylko czytałam w internecie. Wpisałam to w CV bez mrugnięcia okiem. Przecież to tylko oprogramowanie. Czego nie można się nauczyć z tutoriali w internecie?
Przygotowałam się do rozmowy, powtarzając wyuczone zwroty, nawet nie wiedząc, co dokładnie znaczą. Na rozmowie wszystko poszło gładko. Rekruterzy pytali głównie o moje doświadczenie w zarządzaniu czasem i pracę w zespole.
Kiedy padło pytanie o ten nieszczęsny program, uśmiechnęłam się szeroko i rzuciłam wyuczoną regułką, że pracowałam na nim przez ostatnie dwa lata i czuję się w nim bardzo swobodnie. Uwierzyli. Dostałam tę pracę. Byłam wniebowzięta, dopóki nie przyszedł mój pierwszy dzień.
Byłam szczęśliwa
Od razu rzucono mnie na głęboką wodę. Dostałam samodzielny projekt, który miał być wizytówką mojego działu. Oczywiście wszystko miało być zrobione w tym specjalistycznym programie. Czułam się jak oszustka, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak duże to będzie wyzwanie.
– Wiem, że masz w tym doświadczenie, więc liczę na coś naprawdę ekstra – powiedział mój nowy przełożony. – Dajemy ci wolną rękę.
Kiedy tylko zostałam sama przed monitorem, otworzyłam program i poczułam, jak oblewają mnie zimne poty. Interfejs wyglądał jak panel sterowania statku kosmicznego. Nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Nawet głupie otwarcie pliku sprawiło mi trudność. Przez pierwsze godziny próbowałam zachować zimną krew.
Zaczęłam zostawać po godzinach. Udawałam przed zespołem wielkie zaangażowanie. Wszyscy myśleli, że jestem po prostu niezwykle ambitna, a ja po kryjomu oglądałam filmy instruktażowe, próbując zrozumieć podstawowe funkcje. Z każdym dniem czułam się coraz bardziej wyobcowana. Koledzy z zespołu zaczęli mnie postrzegać jako osobę zamkniętą w sobie, którą interesuje wyłącznie praca. A ja byłam po prostu przerażona, że ktoś odkryje moje kłamstwo.
Nie radziłam sobie
Najgorzej było z Kamilem, który siedział przy biurku obok. Kamil był ekspertem. Znał ten program na wylot i uwielbiał o nim rozmawiać. Był pomocny, uprzejmy, a ja nie potrafiłam z tego skorzystać, bo każda wzmianka o programie wywoływała u mnie panikę.
– Jak rozwiązałaś ten problem z renderowaniem w trzecim module? – zapytał pewnego dnia, wychylając się zza swojego monitora. – Bo ja wczoraj walczyłem z tym chyba z godzinę.
Nie miałam pojęcia, czym jest trzeci moduł, a co dopiero jak rozwiązać problem z renderowaniem. Czułam, jak robi mi się gorąco, a dłonie zaczynają się pocić.
– Wiesz co, mam teraz naprawdę dużo na głowie z tym nowym projektem. Nie mam czasu na analizowanie twoich problemów – rzuciłam oschle, starając się brzmieć profesjonalnie, a nie panicznie.
Kamil spojrzał na mnie z zaskoczeniem, ale wzruszył ramionami i wrócił do swojej pracy. Zdałam sobie sprawę, że zachowałam się jak arogancka jędza, ale to była moja jedyna linia obrony. Z każdym dniem stawałam się coraz bardziej opryskliwa. Kiedy ktoś o coś pytał, zbywałam go wymówkami o braku czasu albo rzucałam żargonem, który ledwo rozumiałam, mając nadzieję, że to wystarczy, by mnie zostawili w spokoju.
Byłam nielubiana
Potem sytuacja zaczęła się pogarszać. Przestałam bywać na wspólnych lunchach, nie odbierałam telefonów, kiedy ktoś chciał pogadać po pracy. W domu nie miałam siły rozmawiać z chłopakiem, który coraz częściej pytał, czy wszystko u mnie w porządku. Czułam się coraz bardziej osamotniona. Nie miałam do kogo się zwrócić. W pracy odgrywałam rolę ekspertki, a w domu udawałam, że wszystko jest w normie.
Wieczorami siadałam przed komputerem i wertowałam fora internetowe, szukając odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania. Każda kolejna porażka bolała coraz bardziej. Kiedy w końcu udało mi się zrobić prostą rzecz, czułam się jak mistrz, ale za chwilę pojawiał się kolejny problem, który znowu mnie przerastał.
Napięcie rosło. Zbliżał się termin oddania projektu, a ja wciąż byłam w lesie. Noce spędzałam z nosem w ekranie, pijąc litry kawy i płacząc z bezsilności. Mój chłopak pytał, czy wszystko w porządku, ale zbywałam go, mówiąc, że nowa praca wymaga poświęceń. Zaczęłam miewać koszmary: śniło mi się, że cała firma stoi nade mną, patrząc na mój ekran i odkrywając, że nie mam pojęcia, co robię.
Stresowałam się
Pewnego popołudnia, na trzy dni przed prezentacją, Kamil podszedł do mojego biurka, kiedy akurat wyszłam do toalety. Kiedy wróciłam, stał nad moim monitorem z marsową miną.
– Co to ma być? – zapytał, wskazując na ekran.
– O czym ty mówisz? – odparłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.
– Ty w ogóle nie wiesz, jak to obsługiwać, prawda? Ten plik to totalny chaos. Używasz funkcji, które są przestarzałe o trzy lata.
Nie mogłam dłużej udawać. Łzy stanęły mi w oczach. Spuściłam wzrok.
– Skłamałam w CV – wyszeptałam. – Chciałam uciec z poprzedniej pracy. Musiałam to dostać.
Kamil patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Spodziewałam się, że zaraz pobiegnie do szefa i mnie zdemaskuje. Zamiast tego westchnął ciężko.
– Masz szczęście, że szef jest dzisiaj na spotkaniach – powiedział cicho. – Siadaj. Pokażę ci, jak to wyprostować. Ale masz mi obiecać, że w weekend przysiądziesz i nauczysz się podstaw, bo inaczej oboje wylecimy za ten projekt.
Pomógł mi
Nie mogłam uwierzyć, że mi pomógł. Przez kilka godzin siedzieliśmy razem, a on tłumaczył mi krok po kroku, co robić. Byłam mu wdzięczna, ale wstyd mnie zżerał od środka. Wiedziałam, że nie zasługuję na taką szansę. Udało nam się uratować projekt, choć prezentacja była stresująca jak nigdy.
Szef był zadowolony, ale ja wiedziałam, że to zasługa Kamila, a nie moja. Od tamtej pory codziennie wieczorem siedzę i nadrabiam zaległości. Atmosfera w biurze zmieniła się. Kamil już do mnie nie zagaduje o nowinkach technicznych, a reszta zespołu traktuje mnie z dystansem, pamiętając moje aroganckie zachowanie z pierwszych tygodni.
Kłamstwo kosztowało mnie nie tylko nerwy, ale i relacje z ludźmi, z którymi miałam pracować. Zamiast wejść do nowego zespołu z podniesioną głową, muszę teraz udowadniać swoją wartość podwójnie i odbudowywać zaufanie, którego nigdy nie powinnam była nadużywać. Wymarzona praca stała się miejscem, gdzie codziennie muszę mierzyć się ze swoim własnym wstydem.
Było mi głupio
Postanowiłam przeprosić Kamila. Długo układałam w głowie to, co chciałam mu powiedzieć. W końcu podeszłam do niego w kuchni firmowej.
– Wiem, że nie byłam wobec ciebie fair. Byłam opryskliwa, chamska i niepotrzebnie się zamykałam. Skłamałam w CV i przez to musiałam ciągle udawać. Przepraszam cię, naprawdę.
Kamil spojrzał na mnie z powagą, ale w jego oczach zobaczyłam cień zrozumienia.
– Wiesz, ja też kiedyś udawałem, że coś potrafię, żeby nie wypaść z zespołu. Ale najważniejsze, żeby wyciągnąć wnioski.
Ta rozmowa była dla mnie przełomowa. Zrozumiałam, że nie tylko ja się wstydzę, nie tylko ja popełniam błędy. Od tego dnia zaczęłam prosić o pomoc, kiedy czegoś nie wiedziałam. Nie udawałam już przed zespołem, że jestem alfą i omegą. Oczywiście, nie wszyscy mi wybaczyli. Czułam dystans, szczególnie od jednej koleżanki, która najczęściej padała ofiarą moich wymijających odpowiedzi.
Dostałam za swoje
Minęły miesiące. Pracy nie rzuciłam, choć nie było łatwo. Zespół powoli zaczął mnie akceptować. Nie byłam już tą zamkniętą w sobie arogantką, tylko osobą, która szczerze przyznaje się do swoich słabości. Z czasem zaczęłam nawet pomagać nowym osobom wdrażać się w te same programy, z którymi sama miałam problem. O dziwo, to właśnie dzięki tej sytuacji zdobyłam najwięcej praktycznej wiedzy.
Nadal nie czuję się ekspertem, ale przynajmniej nie muszę już niczego udawać. Przekonałam się, ile kosztuje kłamstwo – i jak trudno odbudować zaufanie. Ale wiem też, że nie wszystko stracone, jeśli człowiek potrafi się przyznać i spróbuje naprawić swoje błędy.
Czasem myślę, że gdybym od początku była szczera, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Może nie dostałabym tej pracy, może czekałoby mnie coś trudniejszego – ale na pewno spałabym spokojniej. Teraz każdy dzień w pracy to nie tylko walka o wyniki, ale też o własną uczciwość. I o to, by już nigdy nie musieć udawać kogoś, kim nie jestem.
Ewa, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż namawiał mnie na jedno dziecko za drugim, a ja zgadzałam się z miłości. Przy czwartym bąbelku przejrzałam na oczy”
- „Gdy sąsiad zabrał mnie do restauracji, byłam wniebowzięta. Drań nie wspomniał, że w domu czeka na niego żona z kolacją”
- „Zaniedbałam męża, bo szykowałam apel na Dzień Nauczyciela. Zamiast teatru w szkole, miałam cyrk w domu”