Kupno działki miało być naszym ratunkiem. To był pomysł Tymka. Po jednej z naszych najgorszych kłótni, po której przez trzy dni unikaliśmy się nawet we własnym mieszkaniu, Tymek powiedział, że Warszawa nas niszczy, że ciągłe napięcie, praca do późna, korki, hałas – to wszystko nas wypala. Potrzebujemy przestrzeni, żeby znów się odnaleźć, żeby odetchnąć i być naprawdę razem. Uwierzyłam mu.

WIDEO…

player placeholder

Mieliśmy uciec od zgiełku

Zaczęliśmy szukać czegoś poza miastem i po krótkich, trochę chaotycznych poszukiwaniach, kupiliśmy niewielką działkę pod lasem, godzinę drogi od najbliższego większego miasta. Kiedy pierwszy raz stanęliśmy na tej ziemi, gdzie miały rosnąć drzewa i pojawić się nasz dom, czułam, że mam szansę na nowy początek. Było spokojnie, pięknie i cicho. Może nawet zbyt cicho, jak się później okazało.

Pierwsze tygodnie były nawet znośne. Zajmowaliśmy się formalnościami, planowaniem projektu domu, załatwianiem papierów, rozmowami z architektem. Tymek godzinami jeździł po składach budowlanych, porównywał ceny cegieł, drewna, okien. Ja trzymałam segregatory z dokumentami, pilnowałam terminów, rozrysowywałam w zeszycie, gdzie będzie kuchnia, gdzie łazienka.

Zobacz także:

Wieczorami siedzieliśmy zmęczeni na prowizorycznych krzesłach przy ognisku na naszej działce, popijając herbatę z termosu. Myślałam, że może faktycznie tego potrzebowaliśmy. Może odcięcie od wszystkiego, od ludzi, od miasta, pozwoli nam przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle jesteśmy razem.

– Zobaczysz, Ala, tutaj będzie inaczej – powiedział mi pewnego wieczoru, obejmując mnie ramieniem, gdy patrzyliśmy na ciemniejący las. – Będziemy tu tylko my dwoje.

Uśmiechnęłam się wtedy, ale poczułam dziwny ucisk w żołądku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to przeczucie.

Opadł entuzjazm, zaczęły się schody

Po miesiącu wszystko zaczęło się zmieniać. Gdy minęła pierwsza ekscytacja, gdy już podpisaliśmy umowy, wybraliśmy projekt, nastał czas czekania na pozwolenie na budowę. Przestaliśmy mieć tyle zajęć, które nas pochłaniały. Zostaliśmy tylko my i nasza działka.

Tymek pracował zdalnie, zamykał się w samochodzie, który stał na skraju lasu, udając, że to jego tymczasowe biuro. Ja rozkładałam laptop na składanym stole w przyczepie kempingowej, którą pożyczyliśmy od znajomych na czas budowy. Dni zaczęły się zlewać w jedno długie, monotonne pasmo.

Rano mijaliśmy się przy prowizorycznym blacie kuchennym.

– Zrobisz mi kawy? – rzucał Tymek, wpatrzony w ekran telefonu.

– Jasne – odpowiadałam, zalewając wrzątkiem fusy w kubku.

I to by było na tyle z naszych rozmów. Potem on znikał, a ja zostawałam ze swoimi myślami. W Warszawie przynajmniej mieliśmy powody do narzekania: a to sąsiad z góry znowu robił remont, a to w tramwaju był tłok. Tutaj nie było na co zrzucić winy za milczenie.

Wieczorami siedzieliśmy w przyczepie, każdy zajęty czymś innym. Ja czytałam książkę, on przeglądał coś na laptopie lub grał na telefonie. Cisza była tak gęsta, że czasem miałam ochotę krzyczeć, by ją przerwać. Kiedyś w takich chwilach po prostu byśmy rozmawiali. O pracy, o planach na weekend, o tym, co zobaczyliśmy danego dnia. Teraz... teraz każde moje słowo odbijało się od niego jak od ściany.

– Tymek, może wybralibyśmy się do miasta w weekend? Albo chociaż na dłuższy spacer do lasu? – zapytałam pewnego wieczoru, próbując wyciągnąć go z tej ciszy.

Spojrzał na mnie znad ekranu z lekkim zniecierpliwieniem.

– Ala, przecież po to tu przyjechaliśmy, żeby nie musieć nigdzie jeździć. Ja chcę po prostu odpocząć. Tutaj.

– Odpoczywasz już od miesiąca – wyrwało mi się.

Westchnął ciężko i zamknął laptopa z głośnym trzaskiem.

– Zaczynasz znowu? Myślałem, że tutaj w końcu przestaniesz się mnie czepiać.

Dotarła do mnie niewygodna prawda

Wtedy dotarło do mnie coś, co próbowałam ignorować od dłuższego czasu. Problemem nie było wcale wielkie miasto. Problemem nie był stres, wieczne korki, ani brak czasu. Problemem byliśmy my. A dokładniej – to, że nie mieliśmy już sobie nic do powiedzenia.

Zaczęłam obserwować Tymka. Patrzyłam, jak je, jak chodzi po działce, jak reaguje na moje próby nawiązania rozmowy. Zawsze był zdystansowany, nieobecny. Kiedy próbowałam go objąć, kiedy stał przy ognisku, spinał się, jakby nie chciał mojego dotyku. To nie był ten sam mężczyzna, za którego wyszłam siedem lat temu. Albo może zawsze taki był, a ja po prostu zagłuszałam to miejskim szumem i ciągłym biegiem.

Pewnego popołudnia wyszłam z przyczepy po herbatę dla nas. Tymek stał przy ogrodzeniu, patrząc gdzieś daleko w las. Nie zauważył mnie. Na jego twarzy widniało takie znużenie i zniechęcenie, że aż mnie zabolało. Kiedy usłyszał moje kroki, natychmiast zmienił wyraz twarzy na ten swój obojętny, codzienny maskujący uśmiech.

– Coś się stało? – zapytał, widząc, że zamarłam w pół kroku.

– Nie, nic – skłamałam, odwracając wzrok.

Zdałam sobie sprawę, że jesteśmy jak dwoje obcych ludzi zamkniętych w jednym pudełku, tylko że tym razem to pudełko nie miało czterech ścian, tylko otaczał nas las. A ja się w tym dusiłam.

Zderzałam się ze ścianą milczenia

Kulminacja nastąpiła w połowie listopada. Pogoda była okropna, lało od trzech dni, działka zamieniła się w bagno. Przyczepa przeciekała, a błoto uniemożliwiało nawet krótki spacer. Czułam się jak w klatce. Tymek całe dnie spędzał w aucie, tłumacząc, że tam ma lepszy zasięg do pracy. Ale słyszałam, jak włącza jakąś grę, jak śmieje się do kolegów przez słuchawki. Ja próbowałam zająć się czymkolwiek, ale nie mogłam się na niczym skupić.

Zrobiłam obiad, zawołałam go. Przyszedł po kwadransie, jedzenie zdążyło już wystygnąć. Usiadł przy stole, nie patrząc na mnie, i zaczął jeść w milczeniu.

– Smakuje ci? – zapytałam, próbując przerwać tę ciszę.

– Yhm – mruknął, nie podnosząc wzroku.

– Tymek, porozmawiaj ze mną.

Podniósł na mnie wzrok, a w jego oczach zobaczyłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Czystą, nieskrywaną irytację.

– O czym ty chcesz znowu rozmawiać, Ala? Wszystko jest w porządku. Mamy piękną działkę, budujemy dom, mamy spokój. Czego ty jeszcze ode mnie wymagasz?

– Wymagam, żebyś tu ze mną był! – podniosłam głos. – Jesteśmy tu sami, a ja czuję się bardziej samotna niż kiedykolwiek w Warszawie. Myślałam, że ta działka coś zmieni, że będziemy bliżej siebie...

– Zmieniła – przerwał mi ostro. – Dużo zmieniła. Pokazała mi, że nieważne gdzie jesteśmy, ty i tak będziesz niezadowolona. Zawsze ci coś nie pasuje.

Zatkało mnie. Patrzyłam na niego i nagle wszystko stało się jasne. To nie ja byłam niezadowolona. To on był mną zmęczony. Ucieczka na wieś nie była próbą ratowania naszego związku. Była próbą ucieczki przed problemem, którym byliśmy my sami.

– Ty mnie już nie kochasz, prawda? – zapytałam cicho, a głos mi zadrżał.

Zapadła cisza. Trwała wieczność. Tymek odłożył widelec, przetarł twarz dłońmi. Nie spojrzał na mnie.

– Nie wiem, Ala. Po prostu nie wiem.

Dla mnie to był koniec

To „nie wiem” bolało bardziej niż otwarte przyznanie się do braku miłości. Wstałam od stołu, zostawiając niedokończony obiad. Wyszłam przed przyczepę, nie zważając na deszcz i zimno. Oddychałam głęboko, próbując powstrzymać łzy, ale one i tak płynęły.

Następne dni były jeszcze trudniejsze. Każdy z nas zamknął się w swoim świecie. Tymek coraz częściej znikał na działce, niby coś poprawiał przy ogrodzeniu, niby sprawdzał ogłaszane terminy dostaw materiałów, a tak naprawdę uciekał ode mnie. Ja siedziałam w przyczepie, patrzyłam na projekt domu i zastanawiałam się, po co nam to wszystko. Czy naprawdę chcę mieszkać z kimś, kto nie chce już być przy mnie, nawet tu, gdzie nie ma nikogo innego?

Przestałam się starać. Nie inicjowałam rozmów, nie proponowałam wyjazdów do miasta, nie pytałam, czy smakuje mu obiad. Przestałam walczyć. Wieczorami leżeliśmy obok siebie, każde w swoim śpiworze, każde zamknięte w swoich myślach. Budowa domu szła do przodu, ale nasz związek coraz bardziej się oddalał. W ciszy, która miała uleczyć, usłyszałam tylko prawdę, której tak bardzo nie chciałam przyjąć do wiadomości.

Nie chcę być tylko współlokatorką

Nie wiem, co będzie dalej. Zimą przenieśliśmy się na chwilę do wynajętego mieszkania w pobliskiej miejscowości, bo w przyczepie nie dało się już mieszkać. Tam było cieplej, ale tak samo pusto. Tymek nadal prosił o kawę rano, mijał mnie w przedpokoju bez słowa.

Ja już nie próbowałam niczego naprawiać. Czułam, jak ta cała wspólna przygoda zamienia się w coś, czego nie chcę. Coraz częściej myślałam o powrocie do miasta, ale nie miałam jeszcze odwagi powiedzieć tego Tymkowi. Bałam się, że jeśli to powiem, to już naprawdę wszystko się skończy.

Siedzimy teraz w mieszkaniu, czekamy, aż skończą budowę naszego wymarzonego domu, który miał nas uratować. A ja wiem już, że żaden dom, żadna działka, żadne ognisko nie zasypie tej pustki, która powstała między nami. Uciekliśmy przed zgiełkiem miasta prosto w pustkę, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. I nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, żyjąc jak współlokatorka mężczyzny, z którym kiedyś chciałam dzielić życie.

Alicja, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: